Wizja dziejów specyficzna dla myśli wszystkich archaistów (reakcjonistów) wyróżnia w nich okres istnienia na ziemi ładu (porządku), kiedy boskie archetypy były w najpełniejszy sposób odwzorowywane w doczesnym świecie politycznym i społecznym, oraz – trwający po dziś dzień – okres chaosu i ciemności, kiedy po ziemskim panowaniu ładu dawno zostało już tylko wspomnienie. Owe dwa okresy przedziela to, co w niniejszym szkicu określać będziemy umownym mianem Upadku: moment lub epoka, kiedy człowiek wystąpił przeciw istniejącemu jeszcze na poziomie politycznym i społecznym porządkowi, chcąc się z niego wyemancypować, i w rezultacie zniszczył go. Oczywiście, rozpad ładu nie nastąpił w jednym punkcie czasowym; nie był wydarzeniem, lecz rozciągniętym w czasie procesem. Archaiści z reguły wiążą go jednak z pewnymi konkretnymi wydarzeniami historycznymi, które w ich ocenie zainicjowały ten katastrofalny proces, uwolniły żywioły, które miały następnie rozsadzić porządek.
Julius baron Evola (1898–1974) wskazywał w tym kontekście na VII–VI wiek przed Chrystusem, czas narodzin w antycznej Helladzie pierwszych systemów filozoficznych, kiedy to człowiek zapragnął uwolnić swego ducha spod władzy Mitu. Nicolás Gómez Dávila (1913–1994) w poszukiwaniu źródeł Upadku sięgał do XII wieku po Chrystusie – stulecia, w którym tragiczny konflikt Papiestwa i Cesarstwa zaowocował rozbiciem uniwersalnej katolickiej ekumeny (Christianitas) na partykularne monarchie narodowe, a w filozofii chrześcijaństwa nastąpił wielki zwrot racjonalistyczny. René Guénon (1886–1951) pierwsze wyraźne oznaki Upadku lokował w XIV wieku, kiedy proces Zakonu Templariuszy dał widomy znak zrzucenia przez władzę świecką prymatu władzy duchowej. Francuscy kontrrewolucjoniści, tacy, jak Joseph hrabia de Maistre (1753–1821), Louis wicehrabia de Bonald (1754–1840) czy x. Hugues Felicité de Lamennais (1782–1854), przypisywali tę destrukcyjną rolę przede wszystkim wybuchowi rewolucji we Francji w 1789 r.1
Jak zatem widać, teorie archaistów dotyczące dziejowego podłoża Upadku wykazywały znaczne zróżnicowanie. Nie wykazując bynajmniej ambicji mierzenia się w tej kwestii z „filozofami Reakcji”2, chcielibyśmy na marginesie ich rozważań zaproponować jeszcze jedną hipotezę.
Wizja świata charakterystyczna dla społeczeństw tradycyjnych, a także dla myśli archaistów, zakłada – w mniej lub bardziej wyraźnie wyartykułowany sposób – istnienie na metahistorycznym poziomie bytu boskich archetypów, których zaledwie ułomnym odwzorowaniem jest rzeczywistość doczesna, a które człowiek ma obowiązek odtwarzać w swej egzystencji, wpisując ją w ten sposób w kosmiczny porządek. W europejskim kręgu kulturowym wizję taką najmocniej ugruntowała platońska tradycja filozoficzna. Pozostaje ona jednak wspólna dla wszystkich społeczeństw tradycyjnych. Pozaeuropejskie kultury tradycyjne odznaczają się strukturą idei analogiczną do platońskiej. „W duchowości wschodniej Zachód odnajduje ››platonizm‹‹ – archetypy, wzorce” – odnotował wielki religioznawca, i zarazem sam archaista, Mircea Eliade (1907–1986)3.
Platonizm, będący ideowym kośćcem tradycyjnej duchowości, dominował w życiu intelektualnym, w teologii i w filozofii politycznej na obszarze całego świata chrześcijańskiego od czasów Ojców Kościoła – epoki heroicznej chrześcijaństwa – nieprzerwanie aż do XIII stulecia. Wtedy to na Zachodzie zaczęła się dynamicznie rozpowszechniać konkurencyjna w stosunku do tradycji platońskiej filozofia Arystotelesa. Dotarła tam ona za pośrednictwem świata muzułmańskiego, toteż początkowo szerzyła się pod postacią arabskiego awerroizmu, niemożliwego do pogodzenia z chrześcijańskimi dogmatami. Popularność awerroistycznego arystotelizmu stworzyła przejściowo poważne wyzwanie dla nauki Kościoła. Pomost między Kościołem a tendencjami nowej epoki przerzuciło jednak wypracowanie filozofii, która wbudowywała arystoteliczne konstrukcje filozoficzne w chrześcijańską wizję świata, nie kolidując z prawdami wiary: tomizmu. Ideowe podstawy wznoszonej od kilku wieków cywilizacji łacińskiej na pozór nie uległy wówczas zmianie – wciąż wspierała się ona na filarach chrześcijaństwa.
W rzeczywistości zamiana platonizmu na arystoteliczny tomizm stanowiła radykalny zwrot w duchowych dziejach Zachodu. Arystotelizm odwrócił zainteresowania filozofii od świata metahistorycznych Idei ku światu materii, w człowieku zamiast rozumności zaczął bardziej akcentować naturę. Istotę arystotelicznego zwrotu doskonale uchwycił amerykański tradycjonalista Richard Malcolm Weaver (1910–1963): „Droga do komfortu i mierności została przygotowana wówczas, gdy wieki średnie porzuciły etykę Platona dla etyki Arystotelesa. Doktryna tego drugiego o roztropności skłoniła go do oświadczenia w ››Polityce‹‹, że państwo najlepiej rządzone jest przez klasę średnią. Życie cnotliwe polegało – według niego – na unikaniu skrajności, na wybraniu środkowej drogi pomiędzy sprzecznościami uznanymi za szkodliwe. Doktryna taka pozostawia na boku możliwość istnienia jakichś cnót, które nie stają się zgubne poprzez swój wzrost, ignoruje fakt, że cnoty takie, jak odwaga i wielkoduszność mogą być naśladowane aż do końca, w którym człowiek się unicestwia. Naturalnie, idea samounicestwienia jest nieobecna w każdej filozofii, która daje receptę na świetną światową karierę. Na przeciwnym biegunie stoi pogląd Platona – wyrażony rzecz jasna również przez chrześcijaństwo – o konieczności naśladowania cnót, aż do stopnia, gdy światowe konsekwencje tego staną się nieważne. Arystoteles pozostanie kimś w rodzaju naturalnego historyka cnót, obserwującego i zapisującego je, tak jak obserwował techniki dramatu, ale nie myślącego o ideale duchowym. Życie zadomowione na tym świecie, unikające bolesnych doświadczeń ze skrajnościami, także tymi dotyczącymi cnót – oto co proponował dla swego syna Nicomachusa. Można oczekiwać, że teoria ta okaże się nadzwyczaj stosowna w późniejszych czasach – dla renesansowego szlachcica, a potem dla mieszczanina. W tomizmie, tak ściśle opartym na Arystotelesie, nawet Kościół katolicki odwrócił się od ascezy i rygorystycznej moralności Ojców Kościoła, aby zaakceptować pewien stopień pragmatycznej przychylności dla świata. Różnica ta skłoniła kogoś do spostrzeżenia, że Platon zbudował katedry Anglii, natomiast Arystoteles rezydencje panów”4. W XIII stuleciu po Chrystusie, gdy stan mieszczański zaczął zyskiwać znaczenie polityczne i społeczne, jakiego nie miał nigdy wcześniej, gdy rosnący ziemski dobrobyt coraz bardziej skłaniał ludzi do buntu przeciw platońskiemu poglądowi, iż ciało jest tylko więzieniem duszy, a ziemia jedynie przejściowym miejscem jej wygnania – pojawiło się wzbierające zapotrzebowanie na taką właśnie filozofię.
Pomimo początkowej podejrzliwości ze strony kościelnych strażników ortodoksji5, szybko zresztą przezwyciężonej, w przeciągu stulecia tomizm zdobył w Europie absolutną dominację w sferze intelektualnej. Gdy na Zachodzie platonizm był w odwrocie, duchowa przestrzeń powinna dlań ocaleć, wydawałoby się, przynajmniej w drugiej części świata chrześcijańskiego – Cesarstwie Wschodniorzymskim. Wszak wśród najbardziej charakterystycznych elementów chrześcijaństwa wschodniego wymieniać należy, jak przypominał polski filozof–mesjanista Jerzy Braun (1901–1975), „fundament platoński Ojców wschodnich, neoplatonizm i drogę mistyczno–ekstatyczną, wywodzącą się szczególnie od Dionizego Pseudo–Areopagity”6. Tymczasem już w XI wieku bizantyjski teolog Michał Psellos (1018–1078), a także jego uczeń Jan Italos, obaj neoplatonicy, z powodu swoich poglądów miewali problemy z Kościołem wschodnim7. W przededniu upadku Cesarstwa pod naporem Osmanów wszechstronny program rewitalizacji kultury greckiej w oparciu o platonizm ogłosił filozof Georgios Gemistos Pleton (1355–1452). Ponieważ jednak domagał się odrzucenia chrześcijaństwa, krytykując je z pozycji pogańskich, a do swej wizji kulturowego odrodzenia włączył postulat powrotu w religii do helleńskiego politeizmu, został potępiony i wyklęty przez bizantyjski Kościół, a jego stronnicy musieli się skryć8. Zaledwie w rok po śmierci tego neoplatońskiego myśliciela Turcy zdobyli Konstantynopol, likwidując ostatnią pozostałość dawnego imperium basileusów. Z chwilą, gdy na stosie spłonęły pisma Gemistosa Pletona, zniknęły z greckiego Wschodu ostatnie okruchy Platonopolis, wymarzonego niegdyś przez adeptów tej tradycji filozoficznej9.
W tradycjonalistycznej kosmologii czas jest kołem – to, co raz się wydarzyło, powraca po okręgu. Gdy w świecie bizantyjskim platonizm przeżywał swe lata agonii, niespodziewanie powrócił okrężną drogą do świata łacińskiego, skąd wygnano go w Średniowieczu. W latach trzydziestych XV wieku Gemistos Pleton odwiedzał Europę Zachodnią jako członek bizantyjskich poselstw wyprawianych na Sobory powszechne w Bazylei (1431) i we Florencji (1439–1443), w tym drugim przypadku zresztą w prestiżowej randze radcy cesarza. Wykłady, jakie wygłaszał we Florencji na zamkniętych spotkaniach dla elity intelektualnej Włoch, a także równoczesna działalność innych przybyszów z orientalnego Konstantynopola wzmocniły zainteresowanie platońską tradycją filozoficzną, nurtujące tam już od pewnego czasu na fali nowych idei renesansowych, inspirowanych dziedzictwem Hellady i w ogóle Antyku10. Posiew padł na podatny grunt. Tradycja znalazła w Italii nowego kontynuatora, jakim był kolejny wielki neoplatonik Marsilio Ficino (1433–1499). W 1462 r., zainspirowany – jak sam twierdził – wcześniejszymi o ćwierć wieku florenckimi wykładami Gemistosa Pletona, których treść została przechowana, Ficino założył we Florencji Akademię Platońską (przestała istnieć na początku XVI wieku). Jej alumni byli uczeni nie tylko filozoficznych teorematów, ale również charakterystycznego dla szkoły platońskiej od czasów antycznych sposobu życia czy sztuki sprawowania misteriów11. W Akademii obowiązywała przy tym zasada podwójnego wykładu – osobnego przekazywania wiedzy egzoterycznej, dostępnej dla postronnych, i ezoterycznej, przeznaczonej wyłącznie dla wtajemniczonych i należycie przygotowanych12. (Co ciekawe, teorie religioznawcze neoplatoników florenckich wykazują uderzające podobieństwo do poglądów na religię formułowanych w XX wieku przez przedstawicieli tradycjonalizmu integralnego)13.
Renesans po części wydobył tedy tradycję platońską z zapomnienia, w jakie wtrąciło ją przeżarte tomizmem późne Średniowiecze (i jest to może jedyna zasługa owego wybitnie poza tym materialistycznego i hedonistycznego prądu kulturowego). Platonizm nie stanowił już jednak, jak niegdyś, filozoficznego i teologicznego kośćca cywilizacji w jej całościowej strukturze. Stał się odtąd przedmiotem przekazu w mniej lub bardziej hermetycznych, wąskich i elitarnych kręgach intelektualnych, przekazu dokonywanego nierzadko przez myślicieli pozostających do dziś głęboko w cieniu historii. W takiej też postaci dotarł na przełomie XV i XVI wieku do Polski, ujawniając się w niej poprzez takie dzieła, jak opisujący platońską iluminację i wstąpienie adepta na filozoficzną ścieżkę Dialog o zbawiennych zachętach Umysłu do uprawiania sztuk wyzwolonych14 śląskiego uczonego i myśliciela Wawrzyńca Corvinusa (wł. Lorenz Raabe, ok. 1462–1527)15.
Rekapitulując, podkreślmy: wydaje się wysoce prawdopodobne, iż to wielki przewrót filozoficzny rozpoczęty w XIII wieku, a polegający na odrzuceniu platońskiej tradycji filozoficznej na rzecz tradycji arystotelicznej, która swe apogeum osiągnęła w intelektualnej dominacji tomizmu w Europie, przeciął korzenie, jakimi europejska Christianitas wyrastała z metahistorycznego podglebia Tradycji, a tym samym zainicjował proces Upadku. Nie rewolucja 1789 r., nie „oświecenie”, nie protestantyzm czy Renesans – a wcześniejsze od nich wszystkich odrzucenie wzorca platońskiego. W tak zarysowanym kontekście, rewaloryzacja platońskiej tradycji filozoficznej jawi się jako jedno z najważniejszych zadań stojących dziś przed środowiskami tradycjonalistycznymi.
Adam Danek

Źródło: tradycjonalizm.net
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Taka, wiem wg Danka winny Arystoteles. Wg mnie: cóż pewności nie mam, ale strzelam, że przez żydów. Trafiłem?
Wydaje mi się że nie mogę zgodzić się z punktem widzenia Pana Danka co do aspektu ,, upadku ducha „. Prawda jest taka że konserwatywni myśliciele patrzą na stare czasy przez różowe okulary sami sobie próbując udowodnić jakiż to straszny upadek niby nastąpił w cyklu żywotności ludzkości na naszej planecie. Mają oni też predylekcję do stosowania wielu uproszczeń. Tymczasem prawda jest o wiele bardziej banalna. Nie tyle nastąpił jakikolwiek upadek ducha co poszerzyła się skala zjawisk. W dawnych epokach w większości mieliśmy do czynienia z małymi wspólnotami i skupiskami regionalnymi. Później z kontynentalnymi molochami a obecnie z globalnymi blokami. Stąd zjawiska które kiedyś widziano lokalnie przybrały formę planetarną i uwypukloną zwłaszcza w dobie mediów. Ale czy naprawdę mamy sobie wmawiać że ,, kiedyś to było ! ” ? Niby co było ? Nie było kapłanobójstw ? Królobójstw ? W ogóle zabójstw ? Nie było perwersji , odchyłów i dewiantów ? Nie było aborcji i mordowania słabych ? Nie było przemocy i niewolnictwa ? Nie było wojen , złodziejstwa , zdrad , spisków , grabieży i podbojów ? Nie było herezji , bluźnierstw czy profanacji ? Nie istniało bałwochwalstwo i pogaństwo ? Nie było ludobójstw ? Nie było pogardy i wykorzystywania ? Oczywiście że wszystko to było i istniało. Dusza ludzka jest skażona i będzie mieć ciągoty do zła zawsze niezależnie czy za ,, media ” uznamy w danej epoce rynek Agory , kawiarnię , radio , telewizor czy smartfona. To od pojedynczego człowieka zależy czy mówiąc apokaliptycznie zostanie wrzucony do jeziora ognia czy znajdzie się zapisany w Księdze Życia po osądzeniu z tego co w innych księgach zapisano według czynów. Nie ma historii czy nawet pojedynczych cykli ani co apologizować ani deprecjonować. Losy świata i ludzi układają się tak a nie inaczej. Po prostu erę mentalności prymitywnej ( starożytność i średniowiecze ) zastąpiła era mentalności infantylnej ( nowożytność i współczesność ). Jedna era charakteryzowała się fałszywą duchowością którą można streścić w zdaniu – modli się pod figurą a diabła ma za skórą. Najgorszego typu łajdactwa były popełniane z ,, Bogiem na ustach ” zarówno w życiu prywatnym i publicznym. Później nastąpiło zerwanie zasłony fałszu co potocznie rozumiemy jako ateizm stosowany. Najgorszego typu łajdactwa dalej są popełniane z tym że już nie z ,, Bogiem na ustach ” zarówno w życiu prywatnym i publicznym jak z katalogiem demoprawoczłowieczym. Czy to dobrze czy to źle ? I dobrze i źle. Zerwanie zasłony spowodowało zakończenie fałszywego mitu że ,, Bóg tak chce „. Nie , to człowiek kieruje swoim losem a Bóg jest jego Towarzyszem. Złe jest to że zagubił się kompas moralno – etyczny ale nie z powodu winy ludzi lecz Kościoła który zamiast trwać przy Krzyżu i Ewangelii zachłysnął się złotymi pałacami i limuzynami. Bóg powiedział – ziemię wam oddaję i czyńcie ją sobie poddaną. Ale jednocześnie ustanowił przez Syna swego Jezusa Pasterza ( Papieża ) który miał czuwać nad Owczarnią. Niestety Pasterz ten zawiódł ponieważ wolał przeglądać się w lustrze i patrzeć z tarasu na słońce zamiast być głosem sumień. Postęp historyczny się dokonał bo musiał się dokonać. Dokonał się tak a nie inaczej. Czy mógł lepiej ? Owszem tak. Czy mógł o wiele gorzej ? Zdecydowanie tak. Los ludzi od zawsze leżał , leży i leżeć będzie w rękach ich samych. Jaką drogą pójdą tak skończą. Jeśli wrócą do tego co kiedyś było przepadną bo to co było kiedyś wcale idealne nie było. Zewnętrzna strona kielicha się błyszczała ale w środku pełny był rzygowin. Jeśli ludzie pozostaną przy tym co jest dziś też przepadną bo to co jest AD jest przegniłe. Wewnątrz kielich wydaje się pełen soków życiowych ale zewnętrzna strona kielicha umorusana jest ekstrementem. Od zawsze byli ludzie zdegenerowani i święci. Od samego początku poczynając od Abla i Kaina. Ery i cykle historyczne to tylko didaskalia którym nakłada się rolę ,, twórczą ” zupełnie niewspółmierną do rzeczywistości. Prawda jest taka że 95 % mas ludzkich od stworzenia świata było , jest i będzie prostakami. Nie interesują ich żadne doktryny ani idee tylko to by coś zeżreć , wychlać i wydupczyć. Stąd w pewnym sensie metafizycznym można ( oczywiście na ograniczonym poziomie ) zrozumieć bunt szatana i hufców anielskich po przyjęciu założenia że powodem buntu nie była tylko pycha czy ego lecz wzgarda ludzką naturą. Ludzie zaś muszą nauczyć się zdroworozsądkowego balansu. Muszą wrócić do prostej zasady Chrystusa – co Bogu do Boga co Cesarzowi do Cesarza. Jeśli nie odnajdą drogi do nowoczesnego , przyszłościowego nacjonalizmu i solidaryzmu czeka ich prawdziwy i realny upadek , nie ten z filozoficznych dywagacji…