life on top s01e01 sister act hd full episode https://anyxvideos.com xxx school girls porno fututa de nu hot sexo con https://www.xnxxflex.com rani hot bangali heroine xvideos-in.com sex cinema bhavana

Stanisław Stworzony: Zegarek z wyjętą sprężyną

Promuj nasz portal - udostępnij wpis!

Nieco ponad rok temu szóstka uczniów jednego z krakowskich liceów wymyśliła dość oryginalny psikus. Wybierając się na wycieczkę szkolną, spakowali do plecaków maszynki do strzyżenia, po czym — w pełnej konspiracji — pierwszego wieczora po zakwaterowaniu ostrzygli sobie głowy na tzw. irokezy, czyli ekscentryczne fryzury spotykane wśród subkultur młodzieżowych w latach 80–tych dwudziestego wieku, dziś znane jedynie z gier komputerowych i filmów. Śmiechu było co niemiara; rzecz jasna, po powrocie do domów i rozmowie z rodzicami prawie wszyscy ogolili głowy na „zero” — wycieczka klasowa ma swoje prawa, ale chodzić do szkoły z irokezem przecież nie można.

Tak zdecydowali rodzice piątki spośród wspomnianych urwisów. Szósty miał jednak rodziców postępowych, nowoczesnych, z głowami nabitymi mądrościami o tym, jakie to „prawa” ma młody obywatel i jak to nie można go „tłamsić”. Uczeń ów, pojawiwszy się w poniedziałek w szkole, nie zrobił szczególnego wrażenia na dystyngowanej pani profesor od historii, która — ma się rozumieć — nie takie rzeczy już w swojej karierze nauczycielskiej widziała, po skończonej lekcji został jednak wysłany do dyrektora. Dyrektor bez większego problemu przekonał młodzieńca, że irokeza trzeba zgolić, a zaprzyjaźniony fryzjer po drugiej stronie ulicy sprawnie wykonał tę usługę za jedyne 10 złotych.

Przez kilka miesięcy wydawało się, że sprawa jest zamknięta. Kiedy jednak w grę wchodzi polityka — niczego nie można być pewnym. Zideologizowani rodzice chłopca wkrótce zidentyfikowali kolejną „krzywdę”, jakiej miało doznać ich dziecko. Podczas wizyty w muzeum, klasa nienajlepiej się zachowywała, śmiejąc się, hałasując, i biegając w kółko, ku rosnącej konsternacji pani przewodnik. W tej sytuacji wychowawczyni uznała za konieczne zarekwirować uczniom telefony, jako główne źródło zamieszania. Naturalnie klasa natychmiast się uspokoiła, a po zakończeniu zwiedzania urządzenia wróciły do właścicieli. Rodzice „ostatniego irokeza” — usłyszawszy o przebiegu wycieczki do muzeum — postanowili pójść… na policję. Tam oczywiście zostali wyśmiani i usłyszeli, że policja takimi sprawami się nie zajmuje. Ale od czego są media? Tych liberalnych mamy w Krakowie co niemiara, a że nasze miasto jest nieduże i wszyscy wszyskich znają, nietrudno dotrzeć do redakcji, która ze zrozumieniem potraktuje dowolną wyssaną z palca „krzywdę” i nagłośni jako sensację.

Pomimo wszystko, w opisanym wyżej przypadku sprawa telefonów została uznana za — jak to się kiedyś mówiło — „mało medialną”. W końcu czytelnik/słuchacz też może mieć dzieci i wiedzieć, że czasem trzeba im odebrać telefony kiedy po ich wpływem szaleją, a sytuacja na szaleństwa nie pozwala. Co innego — zgolenie głowy (sic!) Sprawa sprzed wielu miesięcy została uznana za prawdziwą bombę. Pojawiły się porównania do okresu okupacji hitlerowskiej; a że dyrektor — prywatnie wysokiej rangi harcerz — czasami występował publicznie w mundurze, pasował na „faszystę” jak ulał.

Tak w ogóle warto nadmienić, że wspomniany dyrektor od dłuższego już czasu znajdował się na celowniku resortu edukacji. Przynajmniej od roku 2024, kiedy to na rozpoczęciu roku szkolnego oświadczył: „Pani minister Nowacka prowadzi działalność antypolską”. Czy nam się takie oświadczenie padające z ust dyrektora liceum państwowego podoba, czy też nie, zależeć musi — w interpretacji niżej podpisanego — od tego, czy bardziej interesuje nas kantowskie das Sein (to, co jest) czy też — das Sollen (to, co być powinno). Jeżeli to pierwsze — odpowiedź jest oczywista: tak, pani minister prowadzi działalność antypolską. A jeżeli to drugie — Ale czy dyrektor powinien…? — no cóż, trudno mi powiedzieć, gdyż jako przyrodnik zdecydowanie bardziej interesuję się sferą das Sein.

Od pamiętnej inauguracji roku szkolnego 2024/25, zaskakującym zbiegiem okoliczności, zaczęły się regularne kontrole ze wszystkich możliwych szczebli. Zadeklarowany patriota (dość powiedzieć, że od wielu lat popularyzował wśród młodzieży wiedzę o ludobójstwie na Wołyniu, z prelekcjami zapraszając m.in. dr Lucynę Kulińską — takie rzeczy tylko pod Wawelem; nie brakowało wycieczek na dawne kresy wschodnie; ze szkoły wyszła też celna riposta, w formie listu otwartego rady rodziców, wobec forsowanej we wspomnianym okresie tzw. „edukacji zdrowotnej”) znosił szykany z godnością, kontrole zaś żadnych nieprawidłowości nie wykazały. W atmosferze nagonki medialnej po „aferze fryzjerskiej” Kuratorium Krakowskie sięgnęło zatem po broń atomową — zawieszenie w obowiązkach i zakaz wstępu do szkoły, a wszystko to za — jakże by inaczej — „naruszenie praw dziecka” (sic!). Po ogłoszeniu konkursu na nowego dyrektora stawił się przed komisją, która stwierdziła jednak, że nie może do konkursu przystąpić. Odwołanie, ma się rozumieć, było bezskuteczne… [Szczęśliwie, kilka miesięcy później, Krakowianom udało się odwołać ze stanowiska prezydenta miasta, który ewidentnie w tej sprawie pociągał za sznurki. Ale to już inna historia.]

Jakby tego było mało, kiedy zawieszony dyrektor — po wyczerpaniu wszystkich możliwości — szykował się ostatecznie do przejścia na emeryturę, pełniący obowiązki prezydenta miasta dawny wojewoda małopolski postanowił go symbolicznie „odwiesić” na jeden dzień, aby mógł legalnie wejść do szkoły, w której przepracował przecież kilka dziesięcioleci, i pożegnać się ze współpracownikami. Nic z tego nie wyszło, a plotka głosi, że zdecydowany sprzeciw przyszedł z… samej „góry”. Wiadomo — wroga władzy nie wystarczy usunąć, trzeba go dodatkowo sponiewierać, aby już nikt nie odważył się z „wa-a-dzą” zadzierać. Czy to nie jest aby „działalność antypolska” w wyjątkowo rzadkiej, krystalicznie czystej odmianie?

Z pewnością takich historii w polskich szkołach, różnych szczebli, rozegrały się dziesiątki. Nie wszystkie ofiary prześladowań, bo niewątpliwie można tu mówić o prześladowaniu za pogląd iż uczeń — obok praw — ma również, nierozerwalnie z tymi prawami powiązane, obowiązki, opowiadały o swoich doświadczeniach przed kamerami; wielu z pewnością się ugięło (z różnych powodów). Albo — rzuciło precz posadę nauczyciela i znalazło inną, najczęściej lepiej płatną, pracę.

Morał z tych historii je jednak zawsze ten sam: dzisiaj w polskiej szkole uczniowi wolno wszystko, nauczycielowi — nie wolno nic.

A nie dalej jak trzydzieści lat temu było dokładnie odwrotnie. Kiedy pewien kolega w pierwszej ławce (a działo się to w renomowanym krakowskim liceum) podczas lekcji z zainteresowaniem czytał książkę z lekcją niezwiązaną — zupełnie ignorując nauczyciela — ów zawieszał głos, w absolutnej ciszy zbliżał się powoli do pochłoniętego lekturą ucznia, przystawał uważnie mu się przyglądając (zapewne mając nadzieję, że delikwent sam się zorientuje w sytuacji), a kiedy to nie pomagało: pac! sześciusetstronicowy podręcznik (chociaż w miękkiej oprawie) wchodził w kontakt z czaszką ucznia, błyskawicznie modyfikując zachodzące pod nią procesy myślowe w kierunku przez nauczyciela pożądanym. Naturalnie, a żadnych skargach, policjach i prasie nie było mowy; kolega bibliofil doskonale rozumiał, że gdyby o całym zdarzeniu wspomniał ojcu, ten w odpowiedzi… no, poprzestańmy na stwierdzeniu, że z zapewne wziąłby stronę nauczyciela. Tak było trzydzieści lat temu w świecie, który (szybko) nie wróci…

Czy w tych okolicznościach mogą dziwić nas zdarzenia, do jakich doszło w polskich szkołach przed kilkoma tygodniami?

Przypomnę, że w okresie od 7 do 10 października 2026, na terenie kilku województw, głównie we wschodniej Polsce (pierwszy incydent miał miejsce w Ostrołęce, ostatni — jak do tej pory — w Warszawie), uzbrojeni w noże uczniowie płci obojga (sic!) atakowali innych uczniów i pracowników placówek edukacyjnych. Bilans wspomnianych zdarzeń to 1 ofiara śmiertelna (37 letnia pani woźna ze szkoły pod Wyszkowem) i kilkunastu rannych. Ruszyły policyjne pokazówki (w Zgierzu ponoć policjanci w hełmach i bronią długą ćwiczyli „szturm” na jedną ze szkół, tyle tylko, że sprzęt szturmowy na co dzień zamknięty jest w policyjnych magazynach — w zwykłym radiowozie nie ma hełmu ani karabinka szturmowego…), pan premier pobajdurzył co-nieco o Minecrafcie (czyżby ktoś wprowadził go w błąd mówiąc, że główny bohater tej gry ma na imię… Oskar?), sejm zaś przyjął totalniackie przepisy o cenzurze internetu. Każdy pretekst jest dobry. Gruszek w popiele nie zaspali także internetowi „geopolitycy” i inni — zazwyczaj prostolinijni i nieco pochopni — komentatorzy, stawiając pytanie „kto za tym stoi?”. Lokalizacja części incydentów na tzw. Zakerzoniu (czyli części Polski, którą nacjonaliści ukraińscy uważają za swoją), zbieżność daty 7 października z rocznicą zagadkowych i tajemniczych wydarzeń z Izraela (celowo nie używam w tym kontekście określenia „zamachy terrorystyczne”, niejasności jest bowiem zbyt wiele), wreszcie (co akurat wydaje się przynajmniej prawdopodobne) podejrzenie, że rząd przygotowuje, urabia opinię publiczną przed planowanym wprowadzeniem stanu wyjątkowego, aby przyszłoroczne wybory się nie odbyły i koalicja rządząca zachowała władzę „metodą Żełeńskiego” — o każdej z tych koncepcji można powiedzieć: coś w tym jest.

Wszystko to nie zmienia jednak zasadniczej konkluzji: bulwersujące przejawy rozwydrzenia młodzieży szkolnej, o których donosiła prasa w październiku 2026, są jednym z symptomów, a nie istotą choroby, jaka toczy system edukacyjny w Polsce. Ronald Reagan powiedział kiedyś, komentując problemy gospodarcze Związku Radzieckiego: „Wyjęli sprężynę z zegarka i dziwią się, że nie działa”. (Miał też kapitalne powiedzonko o pewnym… zwierzęciu wodnym, jednak jego użycie mogłoby podpaść pod paragrafy o „nienawiści”, a niżej podpisany ma ochotę pozostać na wolności.) Młodzież, której nie stawia się granic, nieustannie sprawdza, ile jej wolno. A że w świecie, w którym najróżniejsze używki są łatwo dostępne, zaś najdziwaczniejsze odchylenia od normy — nachalnie promowane nietrudno (zwłaszcza młodej osobie w okresie dojrzewania) popaść w zaburzenia psychiczne, w koniec końców i w Polsce zdarzyło się to, co się zdarzyć musiało.

Widzimy przy tym, że błędem (a przynajmniej: nadmiernym uproszczeniem) jest tłumaczenie podobnych aktów przemocy w szkołach amerykańskich i zachodnioeuropejskich, które zdarzają się tam od dziesięcioleci, kolorem skóry uczęszczających do nich uczniów. Rządy lewaków w sektorze edukacji prowadzą do totalnej degrengolady i zaniku dyscypliny niezależnie od tego, jaki kolor skóry mają uczniowie. Obserwując panią minister Nowacką w działaniu („Ludzie myślą, że rząd rozwiąże ich problemy, a to rząd jest problemem.”) można zatem wyleczyć się z rasizmu — czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Stanisław Stworzony

Grafika: pixabay.com


Promuj nasz portal - udostępnij wpis!
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 5)

Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)
Tagi: ,

Podobne wpisy:

Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 6)

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*