life on top s01e01 sister act hd full episode https://anyxvideos.com xxx school girls porno fututa de nu hot sexo con https://www.xnxxflex.com rani hot bangali heroine xvideos-in.com sex cinema bhavana

Adam Gmurczyk: Hannibal in urbe est

Promuj nasz portal - udostępnij wpis!

Problemem współczesnego życia społecznego nie jest niedostatek ludzi inteligentnych. Problemem zasadniczym jest to, że ludzi inteligentni w swej masie pozbawieni są wyobraźni.

Dowód pierwszy z brzegu: wystarczy popatrzeć na pochodzących z wyborów polityków, z tak zwanych wszystkich opcji (które co do istoty są tak naprawdę jedną opcją), którzy dostają niezmiennie i periodycznie praktycznie nieograniczoną władzę z woli „ludu”. I mimo że regularnie fundują nam to, czego nie chcemy, wciąż konsekwentnie włączamy ten sam nudny i przewidywalny serial. Czasami pojawi się nowy aktor, inny, mało istotny wątek – ale reżyser i scenariusz pozostają bez zmian. A my sobie siedzimy grzecznie przed ekranem i ślepimy w niego bezmyślnie.

Człowiek to nie kot z przypowiastki – nie ma dziewięciu żywotów. Nie może też włączyć gamingowej opcji „dodatkowego życia”. Zaś te, które mamy – nasze, naszych rodzin, naszych europejskich narodów – przecieka między palcami tylko i wyłącznie dlatego, że zbyt często brakuje nam wyobraźni, by w końcu pójść tam, gdzie być powinniśmy – a czego mamy niekiedy świadomość w tych krótkich wolnych chwilach pomiędzy myciem zębów a wypiciem porannej kawy. Potrafimy z wyprzedzeniem skonstruować budżet wakacyjny z tego, co ma nam zostać po 11 miesiącach ciężkiej pracy, zaplanować bieda-inwestycje na giełdzie, czy przyszłoroczny zakup nowego auta – ale spojrzeć dalej, niż na efekt takiego niezbyt imponującego intelektualnie wysiłku? Tę zdolność ludzie z kręgów kultury europejskiej znacznie zatracili.

Ów brak wyobraźni – zabójczy i destrukcyjny – widać szczególnie w kontekście pozaeuropejskiej imigracji. Problemie, którego wielowymiarowość ściga się łeb w łeb z naszym cywilizacyjnym być albo nie być.

Owszem: coraz częściej na naszym kontynencie rozlega się bojowa pieśń „nie chcemy obcych,nie chcemy i już”, czasami nawet przynosi ona wymierne efekty w postaci szczątkowych deportacji, granicznych blokad; tyle że… No właśnie: tyle że to wyłącznie reakcja obronna, nie zaś akcja z konsekwentnym, jasno określonym długofalowym celem. Tego typu „opór” to jak leczenie złamanej ręki ibuprofenem. Efekt jest chwilowy, poprawia nieco samopoczucie – i tyle dobrego. Idąc dalej tą analogią – środki przeciwbólowe jedynie maskują nasz stan, a ręka, jeśli nie zostanie w prawidłowy sposób nastawiona, zrasta się krzywo, i nie trzeba aż tak wiele czasu, by na europejskim dywaniku utkanym z wielbłądziej wełny stanął nie jeden, a 700 milionów pokracznych dzwonników z Notre Dame. Tik-tak, tik-tak...

Rozlewająca się po naszym kontynencie od przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku fala emisariuszy obcych cywilizacji miała swoje jak najbardziej racjonalne uzasadnienie – dla jej twórców. I trzeba to im przyznać – planowali długofalowo i konsekwentnie. Z jednej strony było to przygotowanie „rezerwowej armii kapitału”, jak zręcznie określił to Alain de Benoist, taniej siły roboczej dla globalnego systemu gospodarczego oraz zapewnienie sobie bazy wyborczej wdzięcznych podróżników. Ale drugi aspekt tych przemian był ważniejszy: obcy cywilizacyjnie element, poprzez swoją masowość i całkowitą inność, miał stać się rozsadnikiem tradycyjnych instytucji, których jeszcze nie zdołano po II wojnie światowej wyniszczyć do końca: Kościoła, rodzin, narodów i związanych z nimi wartości: przywiązania do Tradycji i idei Europy Państw Narodowych. I zamiar ten w znacznej mierze się udał. Chociaż nie do końca po myśli progresywnych wyznawców idei Europy bez Europejczyków. Co prawda Kościół Rzymskokatolicki poległ najszybciej (choć zaznaczyć trzeba, że zorganizowana antykatolicka akcja modernistyczna rozpoczęła się dekady wcześniej), liberalny system ekonomiczny zredukował rodziny do mini grup pracy wielozmianowej, dzieci wyrwał spod opieki rodziców i oddał zredukowanej intelektualnie szkole, na nielicznych buntujących się wypuszczono sfory policji politycznej, a resztę przygnieciono wszechobecną agitką medialną, to nie sprawdzili się tak do końca obcoplemieńcy. Wbrew przymiarkom demiurgów postępu, nie chcieli się bowiem miksować i tworzyć zamiast białych – nowych szaroburych wspólnot, z ich bezrasowością i relatywistycznymi „wartościami”, ustalanymi okazjonalnie w zależności od potrzeb faktycznie rządzących. Nie, oni po prostu swoje cywilizacyjne ukształtowanie i kulturowe nawyki przenieśli – jeden do jednego – na grunt europejski.

Silniejsza cywilizacja wypiera słabszą – ta konstatacja Feliksa Konecznego zasadniczo słuszna, nie odpowiada jednak do końca realiom współczesności. Nie uwzględnia bowiem mocy sprawczej sił całkowicie anty-cywilizacyjnych, czyli owego „międzynarodowego kapitału”, „zorganizowanego globalizmu” (jak zwał, tak zwał), owych nowych bogów i proroków postępu. Cywilizacja łacińska przegrywa dziś nie w starciu bezpośrednim z cywilizacją burek i szałasów; ponosimy porażki, bo daliśmy i dajemy wolne pole siłom, które powinna przykrywać gruba warstwa betonu: liberałom, socjalistom, progresistom, słowem – wrogom Christianitas. To oni poderżnęli Europie gardło swoim „postępem”, którego tak widomym znakiem współcześnie jest wojujący antykatolicyzm, zażydziały liberalizm, upośledzony neomarksizm, masowe mordowanie niewinnych dzieci czy bezczelnie i bezwstydnie spacerujący po ulicach sodomici. Inżynierowie i lekarze z Maghrebu skorzystali po prostu z okazji, którą wygenerował im Wielki Brat i wbili nam maczetę prosto w brzuch.

Ciemnolicych najeźdźców można pozamykać, deportować, a tych wyjątkowo opryszkowatych nawet zastrzelić w czasie ucieczki z miejsca przestępstwa, można – krotko mówiąc – powiedzieć im wszystkim z uśmiechem na ustach „uprzejmie zapraszamy papa-nara”. To wykonalne, trudne, owszem – ale możliwe nawet w krótkim czasie. Lecz co dalej? Wraz z nimi zniknie skutek, lecz nie przyczyna. Nietrudno nawet sobie wyobrazić sytuację, że kiedy żegnać będziemy się czule z nadmiarem wykwalifikowanej kadry medycznej spod znaku bambusa, gdzieś tak od tyłu zaleje nas kolejna fala – tym razem na przykład geologów z Mongolii czy kosmonautów z Kambodży.

Powtórzmy: jeśli chcemy odzyskać Europę, nie wystarczy ją wizualnie wybielić. Gdyby „odrodzenie” polegało wyłącznie na tym, sprawa byłaby dość prosta: przydział modnej garderoby, wykorzystanie patentu Michaela Jacksona na odbarwienie nieprzyjemnego pigmentu skory, obowiązkowe pierogi raz w tygodniu i koniecznie choinka na Wigilię – i voilà, gotowe: „one są już białe”, albo przynajmniej białopodobne.

To zresztą pomysł modny wśród znacznej części systemowej (niech im ziemia ciężką będzie) prawicy: „integracja kulturowa”. Kalkulacja polityczna? Zapewne – przecież są częścią systemu regresu cywilizacyjnego i czerpią z niego frukta. Bezmyślność? To na pewno, bo jest faktem notoryjnym, iż z tej obcej kultury można wyjść – samolotem, pontonem czy przez „zieloną granicę” – ale obca kultura, a już na pewno nie cywilizacja, z ludzi tych nie wychodzi. Bo to ona ukształtowała zarówno ich, jak i ich antenatów. I nieważne, ile pokoleń trwa zasiedlenie obcych na europejskiej glebie. Spójrzmy na klasyczny widoczek paryski: płonące auta, rozbite i okradzione sklepy, masowe gwałty. Wbrew pozorom to nie jest przejaw świadomego bandytyzmu, tylko emanacja właściwego dla tych pozaeuropejskich kultur sposobu wyrażania samych siebie. Tu coś wesoło podpalić, tam poskrobać przechodnia maczetą, gdzie indziej zniewolić przypadkową niewiastę – to nie są dla nich zachowania naganne, tylko oczywiste i naturalne. Koncepcja „integracji kulturalnej” jest zatem dokładnie tym samym, co pomysł na legalizację pedofilii – wyjątkową obrzydliwością.

Wróćmy jednak do sedna. Odzyskać Europę – to odbudować ją duchowo, moralnie, kulturowo. Słowem: przywrócić Christianitas. I nie, Christianitas to nie jest cel wyłącznie dla wierzących – bo wiara to Łaska dla wybranych, i nie jest dostępna po wykupieniu abonamentu. To nie jest też koncepcja „władzy klechów i Kościoła”, jak szepczą do ucha co mniej rozwiniętym intelektualnie agitatorzy wrażej strony. To sprawa odrodzenia Ducha, Praw i Zasad, które uczyniły z nas Europejczyków, kreatorów i zdobywców, a Europę uczyniły Wielką. Europę, silną swymi narodami, Europę rozkwitu nauki, kultury, sztuki i wolności gospodarczej. Europę, której całkowitym zaprzeczeniem jest współczesna zdegenerowana demoliberalna europka.

Miecz imigracji, dzierżony w dłoni wrogów naszej cywilizacji rzecz jasna należy złamać wszelkimi możliwymi sposobami, lecz to tylko broń, i póki nie odrąbiemy trzymającej go dłoni, by później ostatecznie zdekapitować oślizgłego potwora, póty nasze działania będą wyłącznie alergicznymi reakcjami, zaledwie odpieraniem serii zadawanych ciosów. Nie wystarczy się bronić cofając, oddając pola i odmachując nerwowo przed świszczącym nad głową ostrzem. W ten sposób – przegramy.

Robi dziś karierę medialną pojęcie „polaryzacja”, przedstawiane jako złe i godne potępienia zjawisko. To całkiem zrozumiała narracja – ma osłabiać i wygaszać wolę walki. „Negocjujmy” – przymilnie przekonują usłużni koncesjonowani idioci z obozu „tolerancji i symetryzmu”, jakby nasza przyszłość, przyszłość naszej cywilizacji, była dwudziestoletnim gruchotem po wypadku, o cenę którego targujemy się z cwanym dilerem samochodów. „To pomoże, będzie lepiej, ta droga jest najlepsza” – obiecują… Oczywiście, bo – jak celnie podsumował taką postawę G.K. Chesterton: „Przyjemnie jest uciec na ulicę zwaną <Później>, gdzie stoi gospoda <Nigdy>”.

Ruch ideowo-polityczny, którego zasady są autentyczne a nie wyłącznie deklaratywne, musi konfrontować się na każdym polu, w każdej sprawie, stanowiącej istotę jego pryncypiów. Nawet najmniejsza forma sprzeciwu wobec obecnego demoliberalnego ucisku jest postawą właściwą i pożądaną, tak jak najmniejsze zawahanie, ustępstwo, przeradza się nieodmiennie w ostateczną zdradę i kapitulację.

Poruszamy się po terytorium okupowanym, lecz to jest nasze terytorium. Żyjemy w świecie, w którym króluje brak Zasad i Wartości – lecz ciągle jest to nasz świat. Odzyskajmy go. Odbudujmy.

A naszym wrogom przekażmy to oto przesłanie Mistrza Chestertona: „Czy widzisz tę latarnię? Czy widzisz krzyż wykuty na niej i płomień palący się w środku? Nie ty ją zrobiłeś. Nie ty ją zapalałeś. Ludzie więcej od ciebie warci, którzy umieli wierzyć i słuchać, nadali kształt żelazu i przechowali legendę ognia. Nie umiesz nic stworzyć. Umiesz tylko niszczyć. Niech ci to wystarczy. Ale tej starej chrześcijańskiej latarni nie zniszczysz.”

Adam Gmurczyk

Autor jest prezesem Narodowego Odrodzenia Polski i redaktorem naczelnym pisma „Szczerbiec. Na Szlaku Idei”.

Przedruk całości lub części wyłącznie po uzyskaniu zgody redakcji. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Promuj nasz portal - udostępnij wpis!
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 5)

Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)
Tagi: , ,

Podobne wpisy:

Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 6)

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*