Jestem po lekturze „Orędzia o stanie Unii” szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, wygłoszonego 16 września 2026 roku. Lektura wbiła mnie w fotel, acz nie tak, jak planowała to przemawiająca. Mowa wzorowana na jakiejś cesarskiej mowie tronowej, z jednej strony wyraża nieprawdopodobny patos, a z drugiej strony kompletne oderwanie od rzeczywistości. Zwraca uwagę, że udostępniona na stronach Komisji Europejskiej polska wersja wystąpienia w kilku miejscach zawiera formę „my”, czyli tzw. pluralis maiestatis – Ursula von der Leyen mówiąc o swoich planach, używa formuły „my”. Ostatnim politykiem, który tę formę stosował, był marszałek Philippe Pétain w epoce Vichy, co przez dziesięciolecia wzbudzało kpiny historyków, że pozował na króla. Teraz mamy pozowanie na cesarzową.
Mowa zbudowana jest wedle prostego manichejskiego schematu. Z jednej strony są antyeuropejskie siły ciemności, które odrzucają świat „oparty na zasadach”, czyli na praworządności, demokracji, prawach człowieka etc. Na czele sił ciemności oczywiście znajduje się Federacja Rosyjska, wspomagana w swoich knowaniach przez Chiny, Stany Zjednoczone Donalda Trumpa i przez jeszcze bardziej mroczne siły wewnętrzne, posługujące się antyeuropejską i antydemokratyczną dezinformacją, fejk newsami i ingerencjami w europejskie procesy demokratyczne. W dodatku Rosja zaatakowała Ukrainę, a Stany Zjednoczone nastają na Grenlandię. W tej sytuacji Ursula von der Leyen deklaruje:
„Dlatego nasz wybór jest jasny. Czy chcemy silnej i niezależnej Europy, która broni swoich wartości w tym świecie? Czy też pozwolimy, aby powstrzymywały nas podziały i zależności? Czy chcemy zjednoczyć się wokół naszej europejskiej idei, zgodnie z którą razem możemy decydować o naszym losie? Czy też pozwolimy, aby nasze demokracje podważali poplecznicy i figuranci autorytarnych przywódców? Bez względu na to, czy mamy do czynienia z ultranacjonalistami, przeciwnikami Europy, rosyjską ingerencją, czy dezinformacją – ich nazwy mogą być różne, lecz ich cel jest taki sam. Pogardzają naszymi wartościami i chcą zniszczyć naszą europejską jedność. Nie tylko stawiajmy im opór, ale także wspólnie walczmy o naszą europejską ideę!”.
Po tym demagogicznym wprowadzeniu na temat ciemnych sił zostaje przedstawiony słoneczny projekt Unii Europejskiej, raz za razem przedstawiany przez Ursulę von der Leyen w formie „my”. I tak dowiadujemy się, że UE nadal będzie wspierała walczącą z rosyjskim imperializmem Ukrainę. Przewodnicząca Komisji Europejskiej nie zawahała się nawet wznieść okrzyku „Sława Ukrainie!”, wyraźnie sugerując, że to tam rozgrywa się dziś główne pole bitwy w walce o demokrację. Dlatego też Unia Europejska gwałtownie zwiększa wydatki na obronność, uwalnia się od zależności od rosyjskiego gazu i ropy naftowej, a także od podobnej zależności od Bliskiego Wschodu. Samozwańcza imperatorka zapowiedziała przyśpieszenie i pogłębienie Zielonej Rewolucji etc. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Unia Europejska już poradziła sobie z niedoborem gazu i ropy naftowej, a trudności były (a jakże by inaczej) przejściowe. Na wszystkie trudności najlepszym lekarstwem jest więcej eurofederalizmu i władzy dla Komisji Europejskiej. Rzekomo skuteczność tych działań potwierdził tzw. Raport Draghiego.
Nawiasem mówiąc, czytałem ten obszerny raport i jest on dla Europy i Komisji Europejskiej druzgocący, ale Przewodnicząca Komisji Europejskiej (słusznie) założyła, że europosłowie i dziennikarze w swojej masie go nie czytali i będą bili brawo. Dowiedzieliśmy się także, że Komisja Europejska dzielnie walczy z biurokracją; pokonuje problemy związane z blokadą Cieśniny Ormuz; zapewnia Europie „elektryczną przyszłość”; skutecznie konkuruje z gospodarką chińską, powstrzymując dezindustrializację Europy. Oczywiście są pewne problemy, na przykład taki, że Zielona Rewolucja potrzebuje metali ziem rzadkich, których w Europie nie ma i których 90 proc. eksportu światowego trzymają Chiny. Rzekomo jest to jednak problemem tylko dopóki, dopóty z Pekinem negocjują poszczególne państwa członkowskie UE. Jednak „my” zamierzamy to zmienić, powołując podległą „nam” Europejską Korporację ds. Surowców Krytycznych. Dowiedzieliśmy się także, że budżet unijny nie może zależeć w tak dużym stopniu od wpłat państw członkowskich i musi posiadać znaczące dochody własne, co należy odczytywać jako plany wprowadzenia podatków unijnych.
Bardzo rozbawiło mnie stwierdzenie, że „tegoroczne lato było najgorętszym w historii, ale w kolejnych latach będzie prawdopodobnie tylko gorzej”, a to dlatego, że w lipcu było tak zimno, że wraz żoną paliliśmy w kominku. Mimo to – jak mówi znany klasyk z X – okazało się, że „mieliśmy najcieplejsze lato w historii pomiarów”. Oczywiście Komisja Europejska o to też zadba, wystarczy przekazać jej więcej kompetencji, aby mogła „ustanowić sojusz na rzecz ubezpieczenia od ryzyka klimatycznego” i wdrożyć „Europejski plan działania na wypadek fali upałów” (sic!). Zapowiedziano też powstanie paneuropejskiej straży pożarnej do walki ze skutkami ocieplenia klimatu w postaci pożarów.
No i na koniec geopolityka Sacrum Imperium. Ursula von der Leyen zapowiedziała przyznanie Kanadzie statusu państwa stowarzyszonego z UE, co faktycznie oznacza jawne przekształcenie UE w federalne państwo wyznające ideologię globalistyczną. Wreszcie, zapowiedziano stworzenie jawnej konkurencji dla NATO w postaci powołania Europejskiej Rady Bezpieczeństwa. UE ma bronić się sama, kupować broń tylko w Europie i być w tej kwestii niezależna od Waszyngtonu. Trwać będzie także walka z wrogami wewnętrznymi, a jako przykład zwycięstwa Ursula von der Leyen podała Węgry, gdzie odsunięto od władzy Fidesz. Samo wyrażenie radości z tego faktu jest bezczelną ingerencją w sprawy wewnętrzne Węgier, świadczącą, że „my” nie uznajemy Węgier Orbana za państwo suwerenne, lecz za zbuntowaną prowincję Unii Europejskiej. Na koniec zapowiedziano jeszcze ściślejsze powiązanie funduszy unijnych z „praworządnością”.
Strach się bać…
Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy Czas!”.
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Najnowsze komentarze