Adam Gmurczyk: Bezhołowie

Jest taka książka, do której wracam dość często. Nie po to, by szukać odpowiedzi na pytania dręczące Ludzkość, Kosmos czy kogokolwiek – i gdziekolwiek. I nie zaglądam do niej również po to, by zasilić któryś ze swoich tekstów odpowiednio dobranym cytatem – z tej prostej przyczyny, że rzadko kogokolwiek cytuję, wyłączając oczywiście tych, nad którymi się akurat intelektualnie pastwię. Ponadto cytowanie, zbyt intensywnie praktykowane, kusi łatwizną przyjęcia cudzej opinii bez należytej do niej myśli krytycznej. Nie, sięgam po nią z tego samego powodu, dla którego przed poranną ablucją piję kawę i wypalam papierosa – pomaga trzeźwo spojrzeć w lustro codzienności.

Czasami warto jednak zmienić nawyki (mowa jest o cytowaniu, nie o wizytach w łazience, to akurat sine qua non ludzkiej tożsamości), więc niniejszym to czynię. Tym chętniej, że choć tytuł dzieła znany jest dość powszechnie, a sama książka gości na półkach w tysiącach domów (wyłączając oczywiście te, w których zamiast półek na ścianach wiszą bibliofilskie tapety), to jednak, jak wskazuje nasza radosna rzeczywistość, ani chybi zarastać musi w tychże domostwach tonami kurzu. Gdyby bowiem było inaczej – to byłoby inaczej.

Rzecz cała jest o nas, Polakach. Nie o naszej wspaniałości, o której dzisiaj przekonana jest narodowa większość – a szczególnie szczęśliwi posiadacze poduszek „Wielka Polska” lub kołder „Żołnierze Wyklęci”. Nie o Przedmurzu i cwałującej husarii, przeganiającej bandy brudnych turbaniarzy uzbrojonych w kebaby i dynamit. Nie o imigrantach, czyhających na cześć polskich dziewic. Nawet nie o żydach czy Żydach, chociaż i oni, niczym klubowi dilerzy narkotyków, żwawo przewijają się przez jej stronice. Nawet Niemcy i Rosjanie są tam tylko tłem.

Książka jest o nas. Po prostu. O naszej mentalności, sposobie postrzegania świata i siebie samych.

Pisana w czasach trudnych dla narodowej tożsamości i w warunkach braku polskiej państwowości – jak dzisiaj. Pisana w epoce gospodarczej zapaści i mentalnego upadku – jak dzisiaj. Skreślona przez człowieka świadomego swej przynależności do wspólnoty, ale pozbawionego upiornej potrzeby dowartościowywania się czymkolwiek, za wszelką cenę, byle tylko. Książka-manifest, która powstała ponad sto lat temu, a mimo to w swych głównym aspekcie tak aktualna, jak gdyby jej autor skończył właśnie wprowadzać ostatnie poprawki.

*

Współcześnie polską mentalność zdominowały dwie postawy, z pozoru wzajemnie się wykluczające, mające jednak jedno źródło, z którego pospołu wypływają.

Pierwsza charakteryzuje się całkowitym odrzuceniem polskości, traktowaniem jej jak skazy na ciele i duszy Prawdziwego Europejczyka (a jeszcze lepiej: Prawdziwego Światowca), wolnego od archaicznej tradycji Nowoczesnego Człowieka, który podąża, oczywiście, w Postępową Przyszłość. Wyznawca tego (powiedzmy umownie) kierunku nie wie, co to prawda, co to wszystko dokładnie znaczy, w którą stronę droga wiedzie, kto go prowadzi i dlaczego, ale to nie kłopocze jego myśli, bo myślenie go najzwyczajniej w świecie boli. Ważnym dla niego jest jedynie to, że pług, od którego granatem został oderwany, pozostawia daleko za sobą. Przynajmniej tak mu się wydaje.

Drugi typ postawy to bałwochwalczy stosunek do etykietki z napisem „Polska”. Nawet nie do zawartości vaso di Polonia, bo to jednak wymagałoby przerażającego wysiłku posmakowania, poznania i refleksji, ale właśnie czołobitność przed metką, która im starsza, tym jest lepsza. Mamy tu do czynienia z bezrefleksyjną akceptacją zewnętrznych przejawów przeszłości, szkolnym zbiorem faktów i dat. Niczym więcej. I tak jak w pierwszym przypadku, tu również „polskość” pojmowana jest jako katalog zamkniętych zdarzeń – tyle że jedni je lubią, a ci inni wręcz przeciwnie. Różnica niewielka, w sumie detal, bo przecież de gustibus non est disputandum.

Obie postawy są objawem kompleksu polskości oraz jej – w konsekwencji – zapaści. Można by niejedną książkę napisać o powodach, dla których naród, który na przestrzeni dziejów stworzył rzeczy wielkie, w swym obecnym pokoleniu potrafi jedynie odczuwać ciepło dawnej chwały, w dodatku grzejąc się w niej jak prosiak na wiejskim weselu – wbity na rożen i obracany z wolna nad ogniem.

Można by – ale szkoda czasu. Po prostu: „Te same pojęcia, które były imponującym przejawem wielkiego ducha w ubiegłej dobie narodowego życia lub potężnego ruchu ludów w zamkniętym już od kilku dziesiątków lat okresie dziejów europejskich, u ludzi dzisiejszych, w warunkach nowoczesnych, przy nowym typie życia są śmiesznymi strzępami, w które się stroi słaby duch, niezdolny do mierzenia się z rzeczywistością, z jej zagadnieniami i zadaniami.Zerwać te strzępy, zajrzeć odważnie w oczy prawdzie, odsłonić zagadnienia naszego nowoczesnego bytu narodowego – to największe zadanie dzisiejszej umysłowości polskiej”.

Współczesne pokolenia jednak (wzdrygam się, za Konecznym, przed nazwaniem ich narodem – to tylko społeczeństwo) w tej minionej, nieprzystającej do rzeczywistości przeszłości odnajdują substytut myślenia dniem dzisiejszym i dniem jutrzejszym. Stąd zamiast twórczego życia – odtwórcze przeżywanie. Zamiast budowania teraźniejszości i przyszłości: tablice, wspominki i – wyjątkowe curiosum – „obrona dobrego imienia”. Jak gdyby „dobre imię” wymagało obrony właśnie poprzez mówienie, że jest dobre, bo kiedyś takim było, nie zaś poprzez świadectwo osiągnięć tu i teraz.

Wielkość miniona jest istotnym i (często) niezbędnym fundamentem przyszłości, bo dom, by się nie zapaść, stać musi na solidnych podstawach. Ale nie jest budynkiem wyłącznie fundament i sterczące z niego kikuty ścian, pozostałość po lepszych czasach. Taka konstrukcja ma swoją odrębną nazwę, a brzmi ona „ruina”. I żadne objazdowe kino, puszczające do znudzenia wyblakły film, opiewający chwałę minionej epoki, pokazujący tętniący życiem polski pałac, którego ściany zdobią obrazy mistrzów – owej ruince blasku nie przywróci. Jest za to dla publiczności żenującym świadectwem upadku dnia dzisiejszego. Cóż jednak, gdy „nasza moralność narodowa, przy pewnym jałowym sentymentalizmie, dziś polega przeważnie na braku zupełnym czynnej miłości ojczyzny, a poglądy polityczne naszego oświeconego ogółu tym są niezwykłe, tym się różnią od polityki innych narodów, że brak im podstawy wszelkiej zdrowej polityki, mianowicie – narodowego instynktu samozachowawczego. Jesteśmy narodem z wypaczonym sposobem politycznego myślenia”.

Dzieje się tak, gdyż współcześni „kierownicy pracy narodowej” są nieodrodnymi dziećmi kazirodczego związku polskiego kompleksu i ogólnoludzkiej głupoty. To nie jest kształtująca i kierująca narodowym życiem elita, ale raczej gromadzące narodowe nieczystości jelita. Nędza jako wielkość, słabość jako siła, upadek jako rozwój – jest to bez wątpienia doktryna oryginalna, nie występująca w żadnym innym zakątku cywilizowanego świata. To ona czyni nas „wyjątkowymi” – „w chwili dobrego humoru można by powiedzieć, że ta idea narodu wybranego tak łatwo się u nas przyjmuje, dzięki bliskiemu pożyciu z Żydami – tylko, ponieważ oni uważają się za naród wybrany do krzywdzenia i wyzyskiwania innych, my, nie chcąc im robić konkurencji i psuć sobie z nimi stosunku,uznajemy się za wybranych do tego, by być krzywdzonymi”.

Owa „nieumiejętność myślenia o sprawach własnego narodu w taki sam sposób, w jaki się myśli o narodach innych, z konieczności doprowadza nas do traktowania swej społeczności jako narodu wyjątkowego, istniejącego poza wszelkimi prawami społecznymi, narodu słowem wybranego”.

Przykład pierwszy z brzegu: zalewająca Europę czarno-bura szarańcza omija Polskę szerokim łukiem. Nie dlatego jednak, że jesteśmy Rajem Szowinizmu i Rasizmu (jak chcą jedni), lub też Białym Przedmurzem Chrześcijaństwa imienia hetmana Sobieskiego (jak chcą drudzy), ale tylko i wyłącznie z tego powodu, że materialna bieda jest w naszym kraju tak wielka, że odstręcza od ziemi nad Wisłą nawet wychowanych pod palącym słońcem Afryki leniwych Murzynów. Zaiste, to nasz „potężny wkład” w dzieje Europy, Świata i Ludzkości, który zawdzięczamy wyłącznie sobie, a pochodzi to stąd, że podstawą naszego charakteru jest bierność. Pozyskiwała nam ona już nieraz miano ‘narodu kobiecego’, a występowała dotychczas jako ogólna i stała wada nasza oraz zdawała się nieodłączną od naszego typu rasowego. Bez wątpienia Polacy „z życia zdolni są, i to nie zawsze, brać tylko fakty, będące wyraźną ilustracją tego, czego się z książki nauczyli. Poza tym zaśnie umieją ani spostrzegać, ani wyciągać wniosków z tego, co widzą”.

Owszem, czasami się i burzymy na taki stan rzeczy, a w chwilach intelektualnego buntu zrzucamy winę na wojnę, dwie okupacje, komunę, powstanie, więzienia, rozwałki, ale prawie nigdy nie potrafimy wejrzeć w siebie dzisiejszych: „my nie zdajemy sobie nawet w części sprawy z tego, do jakiego stopnia nasz pogląd na życie różni się od poglądu przeciętnego cywilizowanego człowieka. Wyraża się on we wszystkich dziedzinach – w wychowaniu, w stosunkach rodzinnych, w sposobie zdobywania środków do życia i używaniu życia, w stosunku naszym do potrzeb i instytucji publicznych, w zachowaniu się względem rządów panujących nad nami, względem innych narodowości itd.Wychowanie moralne dzieci i młodzieży naszej, o ile nie polega na demoralizacji, przygotowuje z nich niedołęgów w życiu prywatnym i publicznym”.

Brutalna to prawda: powszechny współczesny polski patriotyzm, poczucie dumy z przynależności narodowej (rozumianej jako twórcze życie, a nie podupadły cmentarz) nie istnieje. Są słowa, są deklaracje i na tym się zwykle kończy. Współczesny Polak „niedołęstwo nazwał szlachetnością, tchórzliwość – rozwagą, służbę u wrogów – działalnością obywatelską, zaprzaństwo – prawdziwym patriotyzmem. Wszelkie niemal pojęcia polityczne wywrócił, zaczął żyć w świecie moralnych urojeń, a przystosowując się do tego bytu, zaczął nawet tępić w sobie wszelkie zdrowe skłonności, wszelkie przejawy instynktu samozachowawczego”.

Za mocno? Za twardo? Kiedy w zdemolowanej przez antynarodowy liberalizm Francji kandydatka na rzecz niepodległości kraju uzyskiwała 35% poparcia, nieco wcześniej w „autentycznie patriotycznej” Polsce dwóch kandydatów „za wolnością” zebrało w sumie tych procentów dwa, a „prawdziwi Polacy” wybrali głową państwa osobnika, który niepodległości nie poznałby nawet wtedy, gdyby się o nią przewrócił.

I znów wróćmy na chwilę do kraju Karola Wielkiego, bez wątpienia pozbawionego współcześnie cech państwa chrześcijańskiego: tam w obronie mordowanych dzieci na ulice stolicy wychodzi do miliona osób, potrafiących z reżimem walczyć o nienarodzonych pięścią i kamieniem, zaś w „katolickiej Polsce”, gdzie aborcja jest akceptowalną codziennością, szczytem chwały jest dla grup zawodowych „obrońców życia” poniżanie i lżenie ich przez politycznych przeciwników – czym chełpią się w swych publikatorach sami defensorzy. I dalej. W zmiksowanym rasowo, mentalnie i etycznie Albionie Johnny English potrafi wyciągać łeb z kufla piwa i wyrwać swój kraj z okowów Unii Europejskiej, gdy w tym samym czasie owinięty biało-czerwonym szalikiem Jan Kowalski, zawsze stojący na baczność przy dźwiękach hymnu narodowego – czapkuje niezmiennie reżimowi, który z utrzymania Polski w brukselskiej niewoli uczynił kwintesencję swojej polityki. Takie przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność.

To prawda, że cała Europa jest dziś wielkim szambem pseudocywilizacyjnym, ale prawdą jest i to, że przeciwko liberalnej akcji pojawia się masowa narodowa reakcja. Niemal wszędzie – poza Polską. My tego nie potrzebujemy, jesteśmy ponad to, bo my mamy przecież i dawną chwałę, i wieczne cierpienie. Mamy Wiktorię Wiedeńską, walkę z „polskimi obozami” i „banderowcami”, mamy „wyklętych”, którzy – jeśli wierzyć w dosłowność współczesnego przekazu – wcale nie walczyli o Polskę, tylko o to, żeby być przez czerwonych wyklętymi (inaczej przecież funkcjonowaliby w świadomości narodowej jako „niezłomni” w swych czynach i dążeniach).

No i każdego listopada mamy też swoje marsze ku czci Niepodległości, tej z roku 1918, rzecz jasna. Ogromne marsze, jedne z największych w Europie, niekiedy nawet objęte patronatem przez instytucjonalnych wrogów niepodległości jako takiej. Czasami nawet z husarzami na koniach. Bo tak ładnie wyglądają w telewizji, a serce wtedy rośnie, że hej!

Nie posiadamy tylko tego, co stanowi o istocie żywego narodu: potrzeby twórczego bycia wspólnotą – i tu, i teraz, i w przyszłości. Podstawę naszego narodowego bytu zdominowało bowiem samooszukiwanie, kłamstwa o sobie samych: „Fałsze te, stanowiąc podstawę naszego myślenia, wywierają tym samym olbrzymi wpływ na nasze postępowanie. Gdybyśmy siebie nie oszukiwali, gdybyśmy nie cofali się przed widokiem nagiej prawdy, nie zasłaniali jej wypłowiałymi płachtami, łatwo byśmy zrozumieli, że patriotyzm nasz, nasze przywiązanie do sprawy narodowej, nasze poczucie obowiązku obywatelskiego jest przeważnie także kłamstwem; że czyn nasz, którego w życiu publicznym jest tak mało, jest częstokroć czynem społeczności samobójców, nie zaś narodu pragnącego żyć i iść w zawody z innymi w pracy cywilizacyjnej. I nawet wtedy, kiedy byśmy nie znaleźli w sobie ani sił, ani zdolności do postępowania tak, jak tego dobro narodu wymaga, sposób myślenia naszego wytworzyłby atmosferę, w której odpowiednie siły i zdolności rodzą się i bez przeszkody wyrastają. Uświęcone kłamstwa dają spokój naszemu sumieniu, a raczej je przytępiają i pozwalają wielu ludziom trwać w sposobie postępowania, który, nazwany po imieniu, w naszym położeniu narodowym jest publiczną zbrodnią”.

*

Narody nie żyją wiecznie same z siebie, rozwijają się siłą i wolą tworzących je ludzi. Chcąc zatem naszą wspólnotę ożywić, musimy zrozumieć dwie, z pozoru proste, z polskiej praktyki jednak trudne do zaakceptowania, prawdy podstawowe. Po pierwsze: nie jesteśmy na tym świecie ani nacją wyjątkową – ani wspaniałą: „Naród nasz korzystał ciągle z doświadczenia, zasobów duchowych, z pracy wiekowej innych ludów, które go wyprzedziły w cywilizacji. W stosunku do tego, co wziął, dał dotychczas ludzkości bardzo mało”. I po drugie: „Na głębszych podstawach oparty patriotyzm nie potrzebuje też żywić się i wspierać przekonaniem o wyższości swego narodu nad innymi, a poczucie niższości własnego narodu pod jakimkolwiek względem nie może zmniejszyć jego moralnej siły.Przywiązanie do narodu nie powinno osłabiać umysłu człowieka, jego zdolności do krytyki, nie powinno go zaślepiać w sądach o tym, co mu najbliższe, szerzenie zaś w narodzie przyjemnych złudzeń co do własnej wartości jest tym szkodliwsze, im dalsze są one od prawdy. Bo jeżeli silne i daleko posunięte w kulturze narody pod wpływem przekonania o swej wyższości nad innymi okazują skłonność do wynoszenia tych przymiotów, które stanowią ich siłę, to słabe i zacofane – idealizują te strony swego życia i charakteru, które są źródłem ich słabości”. Innymi słowy: żyjemy i pracujemy, czasami nawet giniemy dla Polski nie dlatego, że jest najlepsza w świecie, ale dlatego, że jest nasza, że jest częścią nas, że jest to nasze rodzinne środowisko naturalne.

Aby stać się zatem ponownie wspólnotą żyjącą, a nie być jedynie tworem historycznym w stanie terminalnym, musimy nauczyć się na nowo patrzeć krytycznie na siebie i wyciągać z tego wnioski: „Wszystko, co polskie, jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to, co jest w nim marne”. Tylko w ten sposób, jako Naród, będziemy w stanie, w szeregu innych nacji, zmieniać ten świat, a nie jedynie ulegać zręcznym architektom zorganizowanej destrukcji. Jeśli takie myślenie, owe „Myśli nowoczesnego Polaka”, nie będzie wyłącznie przemyśleniami Romana Dmowskiego sprzed ponad wieku, czy współczesnych twardych nacjonalistów, walczących o Narodowe Odrodzenie Polski – nie tylko przetrwamy jako wspólnota, ale wniesiemy do wspólnego dorobku cywilizacyjnego Europy swój znaczący wkład.

Adam Gmurczyk

Tekst ukazał się w 155. numerze magazynu „Szczerbiec”. Szczegóły wydawnictwa TUTAJ.

Przedruk całości lub części wyłącznie po uzyskaniu zgody redakcji. Wszelkie prawa zastrzeżone.

obrazek

Podoba Ci się nasza inicjatywa?
Wesprzyj portal finansowo! Nie musisz wypełniać blankietów i chodzić na pocztę! Wszystko zrobisz w ciągu 3 minut ze swoje internetowego konta bankowego. Przeczytaj nasz apel i zobacz dlaczego potrzebujemy Twojego wsparcia: APEL O WSPARCIE PORTALU.



Siepomaga.pl: wolontariat, pomoc dzieciom, potrzebującym, zwierzętom
Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Podobne wpisy:

  • 18 stycznia 2015 -- Adam Gmurczyk: Zniszczyć liberalizm, a od razu padnie islamizm
    Czytam właśnie, że gdzieś tam w kraju, po zlikwidowaniu przez muzułmanów zboczeńców z "Charlie Hebdo" pojawiły się napisy "Stop islamowi" i podobne. Pojawiły się - w określonym cza...
  • 10 września 2017 -- Adam Gmurczyk: Kadra w ruchu narodowo-radykalnym
    Zadania zorganizowanej działalności narodowej sprowadzać powinny się zasadniczo do dwóch punktów: zdobycia siły oraz jej zastosowania. Plan to, wydawać by się mogło, dosyć prosty i...
  • 26 sierpnia 2017 -- Przemysław Jaszke: Nacjonalistyczny Czas Przełomu
    Jesteśmy nacjonalistami, co oznacza po prostu czynne umiłowanie Narodu — ze wszystkimi tego konsekwencjami. Lecz tych, którzy poświęcają swe życie dla Narodu i Polski wciąż jest ga...
  • 15 lipca 2017 -- Jan Olechowski: Wielkość Narodu celem młodego pokolenia
    Stosunek jednostki do Narodu, udział jej w życiu narodowym decyduje o spoistości i sile wewnętrznej danego Narodu. Materializm XIX wieku przez systematyczną propagandę walki klasow...
  • 9 grudnia 2016 -- Marek Konecki: Polska należy do nas!
    Chcemy wziąć odpowiedzialność za Naród i ziemią polską. Czujemy się na siłach wziąć na swe barki i na swe sumienie tę odpowiedzialność, która jest szczytnym obowiązkiem każdego syn...

Comments

Komentarzy