Ustrój demoliberalny polega na tym, że państwo jest bez przerwy wstrząsane i dezorganizowane przez cykle wyborcze. Jak wielokrotnie zwracano uwagę, w demokracji politycy – także kierujący państwem – nie myślą długofalowo. Myślą w kategoriach najbliższych wyborów; dalej ich horyzonty nie sięgają. Niestety społeczeństwo się do tego przyzwyczaja, a nawet okazuje entuzjazm: szopka wyborcza co parę lat dostarcza mu rozrywki, a pomiędzy wyborami obywatele się nudzą i czekają na następne. Skoro jednostką czasu, w jakiej wszyscy mierzą życie świata jest kadencja, okresy dłuższe niż kilka lat mogą w demokracji urosnąć wręcz do rangi epok. Dwie kadencje rządów PiS, początkowo pseudonimowanych jako „dobra zmiana” – i to kadencje parlamentarne, a więc krótsze – okazały się epoką; aby dojść do takiego wniosku, wystarczy sobie uzmysłowić, jak bardzo zmieniły kraj i społeczeństwo. Zmieniły na gorsze, a dzisiaj ci ludzie przebierają nogami, paląc się do powrotu do władzy. Odrębną epokę w najnowszej historii politycznej Polski stanowi też niewątpliwie dekada Aleksandra Kwaśniewskiego, coraz częściej przywoływana jako punkt odniesienia przy ocenia tego, co w polskiej polityce dzieje się obecnie.
Prawica – ta twardsza prawica, z którą przez całe swoje świadome życie staram się trzymać – zawsze widziała w Kwaśniewskim znienawidzonego „Sztolcmana”. Ale nawet jeśli odłożyć na bok tego typu sugestie, zarzuty wysuwane przeciwko niemu wszyscy znamy, począwszy od najgłośniejszego. 1996: nietrzeźwy podczas wizyty w Brześciu. 1999: nietrzeźwy na cmentarzu w Piatichatkach koło Charkowa. 2000: nietrzeźwy w Kaliszu, wyśmiewał się z papieża. Data nieustalona: w siedzibie ONZ w Nowym Jorku owinął się flagą, z niewiadomych powodów. 2007, po zakończeniu urzędowania: nietrzeźwy w Kijowie oraz na wiecu wyborczym Lewicy i Demokratów w Szczecinie.
A dalej: jako pierwszy polski prezydent latał publicznie w jarmułce (Wałęsa się do tego nie zniżył), co później stało się na długo niechlubnym standardem utrzymywanym przez jego następców, którzy chcieli się przypodobać lobby żydowskiemu. Przeprosił za Jedwabne „w imieniu narodu polskiego”, choć naród polski wcale tego odeń nie oczekiwał. Zawetował ustawę o zakazie pornografii; poseł Niesiołowski nazwał go za to „pornograficznym grubasem”, co jest ironią losu, gdy weźmiemy pod uwagę, w jakich okolicznościach zakończył karierę polityczną sam „jurny Stefan”. Kwaśniewski pozostaje wreszcie współodpowiedzialny za wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej; w 2003 r. był jedną z głównych twarzy kampanii „Tak, jestem Europejczykiem”. W ostatnich latach upadł zupełnie, popierając postulat wprowadzenia do polskiego prawa „małżeństw” homoseksualistów. Kwaśniewski postępuje dziś tak, jak jego poprzednik, z którym starł się w 1995 r., Lech Wałęsa: na emeryturze sam niszczy i grzebie swój dawny autorytet kompromitującymi wypowiedziami.
Co do picia – jeżeli ono przede wszystkim razi u Kwaśniewskiego, to dziwne, że Polacy mu je później tak lekko wybaczyli (jeszcze do tego wrócę). Ja zawsze powtarzam: w Polsce mamy z tym problem. Nie tylko wśród ogółu, nie tylko wśród zwykłych ludzi, ale także na prawicy, także wśród konserwatystów chlanie jako takie jest postrzegane pozytywnie. A ileż to razy słyszałem i nadal słyszę, jak próbuje się przedstawiać chlanie, po prostu pijaństwo, jako coś par excellence „konserwatywnego”, tradycyjnego („bo lewica propaguje abstynencję i prohibicję!”). W przypadku Kwaśniewskiego więc jaki kram, taki pan, nie odwrotnie. Skądinąd problemy z alkoholem i występy w nietrzeźwym stanie w sytuacjach oficjalnych miewali na koncie również prawdziwi mężowie stanu, na przykład ojciec tureckiego państwa narodowego, Kemal Atatürk, czy najbardziej udany prezydent (inaczej mówiąc, dyktator) Sudanu, Dżafar an-Numajri, obaj oficjalnie muzułmanie. Istnieje wreszcie opinia, że kto nie umie wypić, ten na Wschodzie, na obszarze postsowieckim, wiele w dyplomacji nie zdziała (do tego też wrócę). I owszem, Kwaśniewski zawetował ustawę o zakazie pornografii, ale również podpisał konkordat i ustawę o lustracji, w obu wypadkach wbrew ówczesnemu stanowisku swojej macierzystej partii, Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Po zakończeniu urzędowania wykładał na jezuickim uniwersytecie w Stanach Zjednoczonych.
O rzeczywiście największej wadzie prezydentury Kwaśniewskiego rzadko się mówi. Chodzi bowiem o jego atlantyzm. A atlantyzm niestety pozostaje dla większości Polaków – dla coraz mniejszej ich części, ale chyba nadal dla większości – niepodważalnym dogmatem. Po dojściu do władzy SLD w 2001 r. Kwaśniewski umówił się z premierem Leszkiem Millerem, że on będzie prezentował publicznie kwestie związane z NATO, a Miller kwestie związane z wprowadzaniem Polski do Unii Europejskiej. W kampanii wyborczej w 2004 r. starający się o reelekcję amerykański prezydent George Bush wymieniał Kwaśniewskiego wśród największych zwolenników swojej polityki zagranicznej, co znaczy: agresji na Afganistan i Irak. Kwaśniewski wziął udział w operacji (w ostatniej instancji – amerykańskiej) obalenia Wiktora Janukowycza i zainstalowania Wiktora Juszczenki u władzy w Kijowie w 2004 r. Pamiętam jego późniejsze wypowiedzi, kiedy stwierdzał: na Ukrainie się udało, teraz czas na Białoruś.
Jednak atlantyzm Kwaśniewskiego mniej razi, gdy bierzemy pod uwagę, iż zawsze łączył on go z koncyliacyjnym stosunkiem do Rosji. Były prezydent to jeden z ostatnich polskich polityków biegle mówiących po rosyjsku. Sędziwy Jerzy Giedroyc pod koniec życia uznał, że Polska miała najlepsze relacje z krajami ULB w okresie, kiedy na czele wszystkich czterech państw stali przywódcy „postkomunistyczni”: Leonid Kuczma na Ukrainie, Algirdas Brazauskas na Litwie, Alaksandr Łukaszenka na Białorusi i Aleksander Kwaśniewski w Polsce. Nawet bushyzm przypada na czas, w którym Rosja de facto poparła inwazję na Afganistan (być może w zemście za lata 1981-1989) i zajęła niezdecydowaną postawę wobec inwazji na Irak. Nawet rzucona przez Kwaśniewskiego w Kijowie w 2007 r. zapowiedź dnia, gdy „Rosja też będzie w NATO” ma sens, bo hipotetyczne wejście Rosji do NATO musiałoby zneutralizować tę organizację, spowodowałoby całkowitą zmianę jej charakteru, ostateczne odejście od funkcji narzędzia polityki zagranicznej USA (podobnie jak w przypadku niedawnego pomysłu Elizy Michalik, by wykluczyć z NATO Amerykę i zastąpić ją Chinami).
Kwaśniewski wyznawał zatem wizję Polski jako rzeczywistego pomostu między Wschodem i Zachodem, a nie antyrosyjskiego tarana na smyczy Stanów Zjednoczonych, jaką głoszą zwłaszcza politycy PiS (wcale nie przesadzam, czynią to zupełnie wprost). Ta pierwsza to w sumie jedna z lepszych propozycji na ubogiej w idee scenie politycznej III Rzeczypospolitej. Jak przypomniałem, Kwaśniewski odszedł od niej w ostatnim roku prezydentury. Ale też najwyraźniej zrozumiał swój błąd, bo dosłownie w ostatnich jej miesiącach pracował nad jego naprawieniem. Krytycy Kwaśniewskiego często opisywali go jako koniunkturalistę, oportunistę, polityka, co zawsze płynął z prądem, ustawiał się tak, jak wiatr powiał i jak mu było wygodnie. Trzeba tu więc osobno zwrócić uwagę na moment, w którym prezydent pokazał odwagę cywilną: mimo negatywnej reakcji większości polskich mediów i hejtu (wtedy jeszcze nie używano takiego określenia) poleciał do Moskwy i 9 maja 2005 r. wziął udział w obchodach rosyjskiego święta państwowego, Dnia Zwycięstwa. Znalazł się na trybunie nie tylko z Władimirem Putinem, ale i z Turkmenbaszą czy Nursułtanem Nazarbajewem. W Polsce utrzymywano potem, iż w Moskwie polski prezydent został „upokorzony” przez Putina. Oczywiście starannie przemilczano, że uszczypliwości ze strony gospodarzy stanowiły reakcję na poparcie przez Kwaśniewskiego „kolorowych rewolucji” w Kijowie i Mińsku. Jednak przesłanie prezydenckiej wizyty, na krótko przed zakończeniem urzędowania, było jasne: nie przecinać więzi z Rosją, nie zrywać kontaktów.
Asertywność, na jaką umiał się zdobyć prezydent wobec nacisku opinii publicznej nie pozostaje może bez związku z faktem, iż Kwaśniewski był jak na warunki demokracji politykiem silnym. Niejednemu nie wydaje się to oczywiste, ponieważ w polityce, tak jak na ogół w zwykłym życiu, potrzeba obnoszenia się z siłą pozostaje odwrotnie proporcjonalna do jej rzeczywistego posiadania. Przypuszczalnie to również jeden z powodów utrzymującej się do dzisiaj niechęci prawicy do Kwaśniewskiego: boleśnie kontrastował z prawicowymi politykami, którzy (popatrzmy choćby znów na PiS) lubują się w ostrych słowach, groźnych minach i pozach, a niewiele potrafią zrobić. Zawsze umiał koncentrować władzę w swoich rękach. Kiedy w 1993 r. podpisywano umowę koalicyjną SLD-PSL, Kwaśniewski jako przewodniczący SLD, nie wchodząc do rządu, zastrzegł sobie w niej tak duże uprawnienia decyzyjne, że prasa nazwała go dowcipnie „wicepremierem bez teki”. Gdy został prezydentem, nadal obowiązywała tzw. mała konstytucja z 1992 r. Zawierała ona zapis mówiący, że prezydent opiniuje nominacje trzech ministrów – spraw zagranicznych, spraw wewnętrznych i obrony narodowej. Lech Wałęsa dokonał jednak „falandyzacji” tego artykułu (1) i przeforsował wykładnię, zgodnie z którą prezydent sam wyznaczał tych ministrów (bo mógł zaopiniować negatywnie każdego kandydata innego niż wyznaczonego przez siebie, a skoro konstytucja wprowadziła obowiązek opiniowania obsady trzech ministerstw przez prezydenta, to ustawodawca chyba nie chciał ich obsadzania wbrew jego opinii, nieprawdaż?). Po zmianie w Pałacu Namiestnikowskim Kwaśniewski miał na fali niechęci do Wałęsy skasować wytworzoną w ten sposób instytucję „ministrów prezydenckich” z lat 1992-1995. W rzeczywistości rozciągnął ją na wszystkie ministerstwa. Robert Krasowski w swej próbie historii politycznej III Rzeczypospolitej tak charakteryzuje pierwsze lata jego prezydentury: „Jak to zwykle bywa, Kwaśniewski był zafascynowany swoim rywalem. Zarówno wielką władzą, jaką zgromadził Wałęsa, jak i prymatem w państwie, który sobie wywalczył. Więc raźno ruszył jego śladami. Budował system prezydencki świadomie, konsekwentnie i wytrwale. Do prac rządu wtrącał się dużo mocniej niż Wałęsa. Chciał znać wcześniej wszystkie decyzje, chciał wpływać na wszystkie personalia. Nawet gdy ministra zgłaszali ludowcy, Kwaśniewski wzywał go do siebie, przepytywał, a gdy mu się nie podobał, domagał się innej osoby. Wtrącał się tak mocno, że potrafił u boku premiera uczestniczyć w koalicyjnych negocjacjach. (…). Wałęsa wybierał szefów MON, MSW i MSZ, ale potem im zostawiał dużą swobodę. Z Kwaśniewskim było inaczej, chciał być patronem wszystkich ważnych decyzji.” (2). W 1997 r. weszła w życie nowa, obowiązująca do dziś konstytucja. Przyznaje ona prezydentowi słabszą pozycję ustrojową, niż w tzw. prezydenckim systemie rządów, ale mocniejszą, niż w systemie parlamentarno-gabinetowym, powielonym w większości europejskich republik (a także nominalnych monarchii, gdzie prezydenta nie ma). Jak ktoś trafnie zauważył, Kwaśniewski umiał się jednak „rozepchać” w konstytucyjnych ramach prawnych i w ten sposób realnie wzmocnić władzę głowy państwa (czyli swoją) w stosunku do tego, co literalnie zapisano w tekście ustawy zasadniczej. Wyszło to na jaw, kiedy jeszcze w roku wprowadzenia nowej konstytucji nastąpiła powyborcza wymiana ekipy rządowej. Kwaśniewski mógł dzielić faktyczne kierownictwo nad rządem i jego polityką, dopóki rządziła koalicja SLD-PSL, bo sam się z niej wywodził. Po niej doszło natomiast do tak zwanej z francuska „kohabitacji” – przymusu ustalenia współpracy głowy państwa z obozem rządzącym, który wobec prezydenta pozostawał niechętny i asertywny, w przypadku Polski: z „centroprawicą”. Wówczas Kwaśniewski dokonał kolejnej praktycznej wykładni konstytucyjnych zapisów. Posłużył się wetem prezydenckim, przekształcając je z atrybutu strażnika praw w osobistą prerogatywę głowy państwa, używaną do przypominania, kto tu rządzi. „Prezydent, któremu Konstytucja przyznaje prawo odmowy podpisania ustawy, z weta uczynił bardzo silny oręż władzy negatywnej, z którego Aleksander Kwaśniewski bardzo często korzystał – niestety – ponad miarę wyznaczoną wyraźnie postanowieniem art. 126 Konstytucji.” – podsumowali ten krok prawnicy Michał Kulesza i Adam Barbasiewicz (3). Po następnej zmianie opcji rządzącej Kwaśniewski jako prezydent sięgnął wręcz po funkcję kreatora rządu: powszechnie przyznawano, że wobec braku trwałej większości parlamentarnej gabinet Marka Belki (2004-2005) powstał i utrzymywał się tylko dzięki poparciu głowy państwa.
Po opublikowaniu wyników niedawnych badań opinii publicznej na temat byłych prezydentów jeden z moich kolegów żachnął się, że „niekoronowanym królem Polski” jest ktoś taki jak Kwaśniewski. Użył też innego określenia, którego nie widzę sensu tu powtarzać, ale mówienie o niekoronowanym królu Polski nie wydaje się bezpodstawne. Dane zbierane przez ankieterów pokazują jednoznacznie: spośród wszystkich prezydentów po 1989 r. Aleksander Kwaśniewski miał najwyższe poparcie w okresie urzędowania i do dziś – dwadzieścia lat po jego zakończeniu – pozostaje najlepiej oceniany, mając pod tym względem przytłaczającą przewagę nad pozostałymi (z obecnym włącznie). Jako jedyny wygrał wybory prezydenckie w pierwszej turze, bez dogrywki (w 2000 r.). Gdyby nie istniało konstytucyjne ograniczenie do dwóch kadencji (a zwolennicy silnej władzy powinni domagać się jego zniesienia), zapewne w 2005 r. zwyciężyłby znowu. Ten sam pogląd, co ostatnio mój kolega, wcześniej wyraził w swojej książce cytowany już Robert Krasowski: „Kwaśniewski stał na straży spokoju. (…). Czuł, że po latach zawieruchy Polacy potrzebują polityki grzecznej i eleganckiej, pragną raczej dobrotliwego króla niż energicznego władcy. Kwaśniewski do tych wyobrażeń świetnie pasował. Lubił umiar, kompromis i bierność, jak też majestat, wystawność i blichtr. Grał więc króla. Dotykając granic ostentacji, gdy razem z żoną pozowali do zdjęć przebrani w monarsze kostiumy. Jednak lud go za to pokochał. Choć jego potrzeby były już demokratyczne, to wyobrażenia nadal pozostały tradycyjne. Lud kochał Kwaśniewskiego za to, że był monarchą sympatycznym, swojskim i nowoczesnym. Lubił sport. Lubił wakacje. Lubił zabawę. Lubił alkohol.” (4). Tak, Kwaśniewski to typ polityka, który umiał się odwołać do gustów motłochu (by utorować sobie drogę do prezydentury, zatańczył disco polo z Murzynem), ale – jak miałem już okazję zaznaczyć przy sprawie podróży do Moskwy – nie stał się jego niewolnikiem.
Zacząłem ten tekst od zwrócenia uwagi na fakt, że polityka państwa demokratycznego ma swoje epoki – nieraz obiektywnie niezbyt długie, bo jaki ustrój, takie epoki. Zakończę go propozycją, by rok 2005 przyjąć za cezurę dzielącą historię polityczną III Rzeczypospolitej na okres prezydentów „wielkich” i okres prezydentów „małych”. „Wielcy” prezydenci – Wałęsa i Kwaśniewski – cechowali się jednak pewną podmiotowością i samodzielnością (w przypadku Wałęsy przykładami mogą być pomysły zdobycia dla Polski broni nuklearnej, utworzenia „NATO-bis i EWG-bis” niezależnych od bloku zachodniego, czy potem uruchomienia w poradzieckich bazach wojskowych spółek joint venture z udziałem rosyjskiego kapitału). Późniejsi, „mali” prezydenci są już tylko pasami transmisyjnymi Zachodu, a osobliwie Stanów Zjednoczonych.
Hrabia Joseph de Maistre stwierdził, iż każdy naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Kiedy zasługiwaliśmy na Kwaśniewskiego bez magisterium, nie było jeszcze z nami najgorzej. Dziś jako naród zasługujemy już tylko na doktora Nawrockiego, który kibicuje syjonistycznej agresji na Iran, wyzywa Władimira Putina od bandytów, głośno wychwala „mordowanie Moskali” oraz zapewnia, że na wschodzie Polska będzie wspierać wojnę z Rosją do ostatniego Ukraińca.
Adam Danek

1. Nagięcia pod siebie. Określenie ukuto od nazwiska doradcy prezydenta Wałęsy w sprawach prawnych, prof. Lecha Falandysza.
2. Robert Krasowski, Czas gniewu. Rozkwit i upadek imperium SLD, Warszawa 2014, s. 51-52.
3. Michał Kulesza, Adam Barbasiewicz, Gabinety polityczne w polskim ustroju administracyjnym, [w:] Dobrochna Bach-Golecka (red.), Gabinety polityczne. Narzędzie skutecznego rządzenia, Kraków – Nowy Sącz 2007, s. 38 (przyp. 14).
4. Robert Krasowski, Czas gniewu, s. 285-286.
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Najnowsze komentarze