Własność
„…Dwa prawa przysługują rodzajowi ludzkiemu w stosunku do dóbr zewnętrznych (res exteriores): jednym z tych praw jest możność zarządzania i rozporządzania; co do tego prawa godzi się, by poszczególny człowiek posiadał dobra na własność. Jest to bowiem z trzech powodów konieczne dla życia ludzkiego: po pierwsze, ponieważ każdy zabiega z większą starannością koło rzeczy, która stanowi jego wyłączną własność, niż koło rzeczy, która jest wspólna wszystkim lub wielu; po drugie, ponieważ zdarza się przy większej ilości zarządzających, niż każdy poszczególny człowiek spycha na innych troskę o to, co stanowi własność wspólną; mówiąc innymi słowy, sprawy ludzkie załatwiają się w lepszym porządku, jeżeli poszczególnym jednostkom przypada zadanie zarządzania jakąś ściśle określoną rzeczą, panuje natomiast zamieszanie, jeżeli bez odpowiedniego podziału odpowiedzialności ktokolwiek bądź czymkolwiek zarządza; po trzecie, ponieważ ludzie żyją w lepszej zgodzie, gdy każdy zadowala się swoją własnością. Jako, że widzimy częste spoty między tymi, którzy coś posiadają wspólnie i bez odpowiedniego podziału. Drugim natomiast prawem, przysługującym rodzajowi ludzkiemu w stosunku do dóbr zewnętrznych, jest ich używanie; odnośnie zaś do tego prawa, nie powinien człowiek mieć dóbr zewnętrznych za swoje, lecz za wspólne, to znaczy że dobra te mają być zarządzane w taki sposób, by z łatwością mogły być użyte przez właściciela na korzyść innych ludzi, będących w potrzebie”.
„…wspólność dóbr wywodzi się z prawa naturalnego, nie jakoby prawo naturalne nakazywało wspólne posiadanie wszystkich dóbr, i jakoby człowiekowi nie było wolno posiadać dóbr na swoją wyłącznie własność; lecz dlatego, że prawo naturalne nie zawiera żadnych przepisów co do przydziału dóbr na własność poszczególnym ludziom, a przydział ten następuje raczej stosownie do porozumienia się ludzi między sobą, co należy do zakresu prawa pozytywnego… Stąd wniosek, że posiadanie dóbr na własność przez poszczególnych ludzi nie jest sprzeczne z prawem naturalnym, lecz stanowi uzupełnienie prawa naturalnego, wprowadzone dodatkowo przez rozum człowieka”.
„…Człowiek, który udaje się wcześniej od innych na miejsce widowiska i przygotowuje dla nich drogę, działa godziwie; działałby natomiast niegodziwie, gdyby innym wzbraniał dostępu; podobnie właściciel działa niegodziwie, gdy wszedłszy w posiadanie rzeczy, która w swym pierwotnym założeniu była wspólna, użycza innym korzyści z niej płynących; grzeszy natomiast, gdy bez względu na okoliczności wzbrania innym korzystania z danej rzeczy”.
Zrekapitulujmy poglądy Św. Tomasza na prawo własności: istnieje pewien zasób dóbr, stworzonych przez Boga do ogólnego użytku wszystkich ludzi. Prawo naturalne nie daje nam wskazówki, czy te dobra mają się znajdować pod zarządem zbiorowym, czy indywidualnym. Właściwym źródłem przydziału dóbr na własność prywatną jest prawo pozytywne, ustanowione przez ludzi celem unormowania problemów, co do których ani prawo boskie, ani prawo naturalne nie wypowiadają się.
Św. Tomasz uważa własność indywidualną za instytucję zarówno godziwą, jak i celową, ze względu na właściwości wrodzone naturze ludzkiej. Lecz posiadaczowi przysługuje tylko rola kapitana na okręcie powierzonym jego pieczy: ma baczyć na porządek na statku i na właściwy kurs, wydawać wszelkie niezbędne zarządzenia i ponosić pełną odpowiedzialność, za co, zgodnie z zasadami sprawiedliwości rozdzielczej, należy mu się utrzymanie odpowiednie jego stanowisku; wszystkie inne korzyści z używania statku przypadają prawemu właścicielowi tego statku, w naszym wypadku ogółowi ludzi.
Wyobraźmy sobie utopijny ustrój, w którym bogactwa natury podzielono by po równych częściach między wszystkich ludzi: każdy miałby wówczas prawo do wyłącznego użytkowania swej części, bez obowiązku oglądania się na innych. Ale Św. Tomasz jest zbyt głębokim znawcą natury ludzkiej, by przypuścić możliwość istnienia ustroju, opartego na zupełnej równości. Rozpatruje wiec tylko dwie możliwe alternatywy: własności zbiorowej, oraz własności powierzonej części ludzi i wypowiada się za tą drugą możliwością, uważając ją za korzystniejszą dla ogółu. Własność bogactw materialnych powinna więc być indywidualna, lecz obciążona „hipoteką społeczną na rzecz nieposiadających”. Przydział tej własności jest kwestią prawa pozytywnego, powinien więc odpowiadać zasadom, które rozum ludzki uznaje za najbardziej celowe. Co rozumie Św. Tomasz pod wyrażeniem res erteriores?
Stosownie do ściśle filozoficznych kryteriów, są to niewątpliwie wszelkie dobra materialne, zarówno ziemia jak i maszyna czy towar w sklepie. Wszystkie te dobra są jednakowo obciążone „hipoteką społeczną”. Gdy przechodzimy z kolei do rozpatrzenia, w jaki sposób te dobra powinny być rozdzielone między poszczególnych ludzi, wychodzimy z dziedziny filozofii i dostajemy się w kompleks praktycznych zagadnień gospodarczych. Część tych dóbr dostał rodzaj ludzki w posagu: jest to ziemia, oraz bogactwa organiczne z nią związane, jako to fauna i flora, naturalne siły napędne (słońce, wiatr, siły wodne), oraz bogactwa podziemne. Dominującym elementem jest tu ziemia, będziemy więc określali tę grupę dóbr w dalszych naszych rozważaniach jako „ziemię”. Drugą grupę dóbr stanowią przedmioty, które powstały w głównej mierze dzięki pracy i przemyślności ludzkiej. Te dobra określamy potocznie jako „kapitały”. Według teologicznych pojęć, są one tak samo darem Bożym jak i ziemia. Z gospodarczego punktu widzenia zachodzi jednak między nimi poważna różnica: jedne człowiek otrzymał bez współudziału swej pracy, drugie sporządził wprawdzie przy pomocy sił i bogactw natury, ale przeważa w ich wartości składnik ludzkiej pracy. Nie odbiegniemy daleko od prawdy, określając współczesny kapitał jako skondensowaną ludzką pracę.
Problem przydziału bogactw przybiera więc dwa oblicza: jak długo chodzi o „ziemię”, pierwotny jej przydział musiał z natury rzeczy być arbitralny. Gdy jednak mowa o „kapitale”, który powstaje bez ustanku w naszych oczach, mamy logiczne i niewątpliwie moralne kryterium jego przydziału: jest to jakość i ilość włożonej w niego pracy. Podział dóbr na ziemię i kapitał, usankcjonowany w ekonomii przez Adama Smitha, znajduje również aprobatę Św. Tomasza. „…posiadanie dóbr zewnętrznych (res exteriores)” – powiada Akwinata– „jest przyrodzone rodzajowi ludzkiemu. Ta zaś przyrodzona zwierzchność nad resztą istot i rzeczy stworzonych przez Boga (creaturae)…”. A więc „res exteriores”, które stanowią w swym pierwotnym założeniu wspólną własność wszystkich ludzi, są to rzeczy stworzone przez Boga bez współudziału pracy ludzkiej. Natomiast tam, gdzie zapobiegliwość człowieka przyczynia się do zwiększenia jego majątku, Św. Tomasz uznaje wzrost legitymacji prawnej do posiadania.
„…Majątek kupiony za pieniądze nabyte drogą lichwy” – mówi Św. Tomasz – należy się nabywcy, nie dlatego, że zapłacił za niego pieniądze lichwiarskie, bo to stanowi tylko tytuł poboczny do jego własności, ale z powodu jego zapobiegliwości i wysiłku, związanych z nabyciem majątku, co stanowi jego tytuł główny do własności; nabywca takiego majątku ma więc większe prawo do majątku nabytego za pieniądze lichwiarskie, niż miał do samego tego pieniądza”.
Praca zwiększa więc tytuł do własności. Dobra, w których nie ma współczynnika pracy, są z natury rzeczy wspólne. Przydział ich na własność poszczególnym ludziom jest pożyteczny ze względów praktycznych, lecz mniej lub więcej arbitralny. Im więcej natomiast pracy człowieka, tym więcej legitymacji do posiadania. Towar, którego cała wartość, praktycznie biorąc, składa się z pracy (bo cena surowca i maszyn wyraża na ogół też tylko wartość włożonego w ich produkcję wysiłku), powinien więc przypadać automatycznie na własność temu lub tym, którzy go wytworzyli. Ogół nie może z tytułu prawa naturalnego rościć pretensji do posiadania towaru, może już tylko żądać od jego właściciela spełnienia społecznych obowiązków, związanych z wszelkim posiadaniem. Możemy więc sformułować drugą zasadę: Prawo do własności wzrasta w stosunku do włożonej pracy.
Zysk
„Godzi się wszystkim handlować rzeczami, mającymi związek z koniecznościami życiowymi: ale handel, obliczony w rzeczywistości tylko na zysk, jest w samym swym założeniu haniebny, o ile nie stawia sobie jakichś uczciwych celów”. Jak powiada: „wymiana rzeczy może być dwojakiego rodzaju: jedna zupełnie naturalna i konieczna, przez co rozumie się wymianę rzeczy za rzecz, wzgl. rzeczy za pieniądze, celem zaspokojenia potrzeb życiowych… Drugi zaś rodzaj wymiany polega na wymianie pieniędzy w zamian za pieniądze czy też jakichkolwiek rzeczy w zamian za pieniądze, nie dla zaspokojenia potrzeb życiowych, ale w pogoni za zyskiem… Pierwszy rodzaj wymiany godzien jest pochwały, ponieważ służy koniecznościom przyrodzonym. Drugi zaś rodzaj słusznie się gani, jako że w samym swym założeniu służy żądzy zysku, która nie zna granicy, lecz rośnie w nieskończoność”.
„…nic nie stoi na przeszkodzie przeznaczenia zysku dla jakiegoś celu koniecznego i uczciwego, i w ten sposób handel wraca do swej godziwej postaci. Na przykład jeśli ktoś przeznacza umiarkowany zysk, osiągnięty w handlu, na utrzymanie swej rodziny, lub na pomoc dla ubogich, czy też jeśli ktoś oddaje się handlowi dla celów użyteczności publicznej, to znaczy by nie zabrakło rzeczy niezbędnych dla życia ojczyzny. I oczekuje zysku, nie jako celu dla którego działa, ale jako wynagrodzenia za swa pracę”.
W sprawie zysku rozchodzą się ostatecznie poglądy Św. Tomasza i zapatrywania ekonomistów liberalnych. „Zysk to jest różnica na moją korzyść między tym, co dałem, a tym co otrzymałem w zamian” – mówią ekonomiści. „Dwa są rodzaje zysku” – odpowiada im. Św. Tomasz. „Jeden zysk jest godziwy, i przynosi korzyść społeczeństwu. Drugi zysk jest szkodliwy, i demoralizuje nie tylko tego, który za nim goni, ale w swej niepohamowanej żądzy krzywdzi materialnie, a zarazem demoralizuje, całe jego otoczenie”.
„Jak odróżnić w praktyce jeden zysk od drugiego?” – zapytuje ekonomista. „Zakażmy wszelkiego dążenia do zysku, to życie gospodarcze zamrze, i skutki będą katastrofalne. Jeśli mamy jednak korzystać z usług, ludzi handlujących dla zysku, to nie możemy się bawić w subtelne rozróżniania natury moralnej”.
Św. Tomasz uśmiecha się z pobłażaniem. „…Ustawy ludzkie nie grożą karami za pewne grzechy” – odpowiada ekonomistom– „ze względu na warunki życia ludzi niedoskonałych, z powodu których dużo korzyści by się traciło, gdyby ściśle zapobiegać wszystkim grzechom, przy pomocy odpowiednich kar”.
Powyższe zdanie brzmi tak nieprawdopodobnie w ustach średniowiecznego moralisty, że niejeden z czytelników zmieni po jego przeczytaniu swój dotychczasowy pogląd na Św. Tomasza i nabierze zwiększonego szacunku dla jego znajomości ludzkiej natury. Lecz ekonomista zdążył już ochłonąć ze swego zdziwienia, i usiłuje zamknąć dyskusję.
„Skoro więc nie możemy tych rzeczy uregulować drogą prawną, musimy zostawić życie jego naturalnemu biegowi”.
„Przepraszam” – powiada Święty – „ustawy bywają niewykonalne, a takie ustawy szkodzą więcej, niż pomagają. Nie będziemy więc tępić nadmiernych zysków przy pomocy sędziego i policjanta. Ale mamy różne inne możliwości, by przeciwdziałać w społeczeństwie psychozie pogoni za zyskiem, która wydaje u nas skutki tak opłakane. Słyszałem, że macie u siebie instytucję, zwaną giełdą pieniężną. Możliwe, że oddaje ona pewne usługi, ale jest oficjalnym żerowiskiem ludzi goniących za spekulacyjnym zyskiem, i jako takie ognisko demoralizacji wyrządza ogromne szkody. Skasujcie tedy tę instytucję i obmyślcie inne sposoby, by oddawane przez nią usługi utrzymać dla społeczeństwa. Słyszałem również o tym, że w niektórych narodach duch kupiecki tak się rozpowszechnił, że większość ludności oddaje się handlowi, co z natury rzeczy musi prowadzić do takiego wzmożenia pogoni za zyskiem, że wszystkie wiązania moralne się rozprzęgają. W społeczeństwie powinien handlować tylko nieznaczny odsetek ludzi, jak to było za moich czasów, wtedy większość, pracująca z widokiem na osiągnięcie dochodów proporcjonalnych do włożonej pracy, trzyma w ryzach spekulujące jednostki. Mógłbym wam jeszcze przytoczyć szereg sposobów, jak sprowadzić psychozę zysku do rozmiarów społecznie nieszkodliwych. Niestety, wiem, że rozmowa ze Świętym takim jak ja, jest wysoce męcząca, więc ograniczę się do tych kilku uwag, a wy sobie już sami obmyślcie resztę…”.
W społeczeństwie liberalnym praca jest tylko jednym ze środków i to mało skutecznym, do osiągnięcia zysku. Zysk jest celem samym w sobie, należy do niego dążyć wszelkimi sposobami, byle pozostać w jakiej takiej zgodzie z kodeksem karnym. W społeczeństwie chrześcijańskim nie może być dochodu bez pracy. W myśl zasad sprawiedliwości wymiennej powinien być dochód proporcjonalny do jakości i ilości wysiłku, tzn. powinien stanowić godziwe wynagrodzenie za wykonaną pracę (oczywiście uwzględniając „stan” do którego należy pracujący). Do tego rodzaju dochodu dąży większość ludzi – tej też kategorii dochodu powinny sprzyjać nasze instytucje prawne i społeczne. Całe warstwy ludności nie wiedzą o tym, że według terminologii ekonomicznej pracują jakoby dla zysku. Chłop, rzemieślnik, sklepikarz, lekarz czy inżynier, pracują na swoje utrzymanie, skonsumują mniej niż zarobią, odkładają oszczędności. Słowo zysk nie figuruje bynajmniej w ich słowniku. Normalne dążenie człowieka do podniesienia swej stopy życiowej nie ma również nic wspólnego z dążeniem do „zysku”.
W praktyce życiowej, dążenie do zysku utożsamia się z dążeniem do dochodu bez pracy. Zysk jest ideałem – i to ideałem niemoralnym. Należy dodać, że jest to ideał wrodzony stosunkowo nielicznym jednostkom, dopiero dźwignięty na wyżyny mistyczne przez liberalizm, odpowiednio rozreklamowany i „naukowo” promowany na pramotyw ludzkiej działalności, potrafił stać się narkotykiem, którym oszałamia się większość ludzi. Usankcjonowanie spekulacyjnych zysków, co gorzej, złożenie zaszczytów i władzy z zasady w ręce ludzi, których legitymacją jest nie rodzaj pracy, ale suma majątku, stało się cechą charakterystyczną naszych czasów. Jest to objaw, z którym należy czym prędzej skończyć i to zarówno w polityce, jak i w ekonomii. Sto pięćdziesiąt lat temu napisał Adam Smith:„…każdy człowiek powinien mieć całkowitą swobodę załatwiania swych własnych spraw na swój własny sposób, byle nie gwałcił praw sprawiedliwości”.
Współcześni jego wyznawcy identyfikują sprawiedliwość z kodeksem karnym, oczywiście po odpowiednim przykrojeniu tegoż kodeksu do swoich potrzeb. Powyższa definicja Smitha może służyć również jako motto w ustroju chrześcijańskim, tylko pojęcie sprawiedliwości będzie trochę inne. Za człowieka sprawiedliwego nie będziemy uważali automatycznie każdego, kto przypadkiem nie siedział jeszcze w kryminale. We współczesnym przedsiębiorstwie uważa się za zysk dopiero tę część przychodu, która pozostaje po opłaceniu surowców, robocizny, po oprocentowaniu całego kapitału użytego do produkcji, oraz po wynagrodzeniu pracy kierowników i organizatorów. Tak pojęty zysk stanowi niewątpliwie dochód bez pracy. Ten sam charakter mają również wszelkie zyski natury spekulacyjnej. W dalszych rozważaniach gospodarczych będę więc używał słowa dochód, lub słowa zysk, w zależności od tego, czy będzie mowa o wynagrodzeniu związanym z wykonaną pracą, czy o dochodach sprzecznych z zasadą sprawiedliwości wymiennej, kiedy ktoś bierze, niczego w zamian nie dając.
Św. Tomasz pisze: „…prawo ludzkie obowiązuje nie tylko cnotliwych, lecz ogół ludzi, wśród których jest wielu pozbawionych cnoty. Z tego powodu prawo ludzkie nie może zabronić wszystkiego co jest przeciwne cnocie, lecz zadowala się zakazem zbrodni uniemożliwiających współżycie ludzi, tolerując inne występki, nie jakoby się na nie zgadzało, ale w tym rozumieniu, że ich nie karze. Przeto prawo niejako dozwala, w tym rozumieniu, że nie przewiduje za to kary, jeśli sprzedający sprzeda swój towar wyżej jego istotnej wartości, względnie kupujący kupi taniej, o ile nie stosują przy tym metod oszukańczych. Chyba że różnica między ceną a istotną wartością jest nadmiernie duża; wtedy bowiem nawet prawo ludzkie zmusza do zwrotu, np. jeśli ktoś jest pokrzywdzony ponad połowę słusznej wartości. Lecz prawo boskie nie puszcza bezkarnie niczego, co się sprzeciwia cnocie. Prawo boskie uważa więc za rzecz niegodziwą, jeśli przy kupnie i sprzedaży nie przestrzega się sprawiedliwych zasad równowartości; ten przeto, który pobrał więcej, powinien wynagrodzić poszkodowanego, o ile szkoda jest znaczna. Muszę bowiem zauważyć, że godziwa cena różnych rzeczy nie da się ściśle określić, lecz polega raczej na przybliżonym szacunku; z tego względu umiarkowane podniesienie lub obniżenie ceny nie wydaje się być w sprzeczności z zasadą sprawiedliwej równowartości.”
Powyższe rozumowanie Św. Tomasza wydaje nam się bardzo banalne, po prostu dlatego, że tak samo rozumuje u nas każdy chłop czy sklepikarz. Każdy sędzia w Polsce potrafi na chłopski rozum orzec, czy jakaś transakcja odpowiada zasadom słuszności, czy też nie. Poczucie „sprawiedliwej równowartości”, spuścizna po długich wiekach cywilizacji chrześcijańskiej, tkwi jeszcze bardzo żywo w naszym narodzie. To jest zasadnicza podstawa, na której musimy oprzeć nasz ustrój gospodarczy.
Adam Doboszyński

Fragment z „Gospodarka Narodowa”.
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Adam Doboszyński to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych myślicieli i działaczy polskiego ruchu narodowego. Urodził się 11 stycznia 1904 r. w Krakowie w rodzinie ziemiańskiej. Jego ojciec był adwokatem i członkiem austriackiej Rady Państwa. W czasie wojny polsko- bolszewickiej 1920 r. Adam Doboszyński zgłosił się jako ochotnik do 6 pułku artylerii ciężkiej w Krakowie, w którym służył cztery miesiące. Po zdaniu matury w tym samym roku podjął studia na Uniwersytecie Warszawskim na wydziale prawa, jednak szybko z tego zrezygnował, przenosząc się do Wyższej Szkoły Technicznej w Gdańsku. W 1925 r. ukończył studia uzyskując tytuł inżyniera budowlanego. W latach 1925 – 1927 kontynuował naukę w Szkole Nauk Politycznych w Paryżu, jednak musiał je przerwać z powodu kłopotów materialnych rodziny. Po powrocie do kraju ukończył z wyróżnieniem Szkołę Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie uzyskując stopień podporucznika rezerwy. W 1931 r. D. przystąpił do Obozu Wielkiej Polski i od tej pory pozostawał czynny politycznie w szeregach ruchu narodowego. Gdy w 1933r. przebywał w Anglii, wówczas nawiązał znajomość z Gilbertem Chestertonem, wybitnym katolickim filozofem i pisarzem. Od 1934r. Doboszyński aktywnie działał w Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego w Okręgu Krakowskim. Jego aktywność przejawiała się m.in. poprzez pracę formacyjną w środowiskach robotniczych.
.
Adam Doboszyński zyskał szczególną sławę w 1936r., gdy zorganizował słynną wyprawę na Myślenice. Celem tego przedsięwzięcia była chęć wymierzenia sprawiedliwości wobec myślenickiego starosty Antoniego Basary, znanego z praktykowania korupcji, faworyzowania przedsiębiorców narodowości żydowskiej, oraz utrudniania działalności Stronnictwu Narodowemu. Przykładam rzucania kłód pod nogi małopolskim narodowcom było m.in. dokonywanie represji wobec uczestników akcji bojkotu żydowskich sklepów. Warto wspomnieć, że ów mający miejsce w latach 30. bojkot był prowadzony wyłącznie z wykorzystaniem pokojowych, legalnych metod, a więc działania Basary były tym bardziej nieuzasadnione. Słynny „Marsz Myślenicki” miał miejsce w nocy z 22 na 23 czerwca 1936r. Doboszyński na czele grupy ok. 70 narodowców, dokonał rozbrojenia powiatowego posterunku policji w Myślenicach. Aby uniemożliwić szybkie wezwanie posiłków, przecięto kable telefoniczne. Towary, które znajdowały się w żydowskich sklepach zebrano na rynku, po czym podpalono. Widać tu, więc wyraźnie, iż wydarzenia myślenickie w żadnym wypadku nie mogą być określane, jako szaber, czy grabież- sam Doboszyński pilnował, aby owe towary były niszczone, nie zaś przywłaszczane. Swój dramatyczny protest, wobec dominacji Żydów w polskim handlu, Doboszyński przypłacił wyrokiem 3,5 roku więzienia. We wrześniu 1939r. Adam Doboszyński, jako ochotnik walczył w Kampanii Wrześniowej. Będąc ranny, przedostał się przez Węgry do Francji, a następnie do Wielkiej Brytanii. Został udekorowany Krzyżem Walecznych (otrzymał go z rąk będącego wówczas Naczelnym Wodzem, gen. Władysława Sikorskiego), oraz francuskim Croix de guerre. Jednak uważał Sikorskiego za słabego polityka, będącego zakładnikiem francuskich decydentów.
.
23 grudnia 1946r. Adam Doboszyńskim podjął najbardziej tragiczną w skutkach decyzję w swoim życiu- powrócił do Polski, pogrążonej wówczas w najcięższej fazie komunizmu. 3 lipca 1947r. został aresztowany. Po 2-letnim śledztwie, pełnym tortur i poniżeń, odbył się pokazowy proces. 11 lipca 1949r. sąd wydał wyrok śmierci. Egzekucja odbyła się 29 sierpnia 1949r.