life on top s01e01 sister act hd full episode https://anyxvideos.com xxx school girls porno fututa de nu hot sexo con https://www.xnxxflex.com rani hot bangali heroine xvideos-in.com sex cinema bhavana

Stanisław Michalkiewicz: Czarno widzę

Promuj nasz portal - udostępnij wpis!

Ostatnio przetacza się przez nasz nieszczęśliwy kraj „czarny protest”. Uczestniczą w nim zadłużone po uszy szpitale powiatowe, oraz te, które są bankructwem zagrożone. Protest polega na wywieszeniu czarnych flag oraz oklejeniu szpitalnych wejść czarnymi plakatami z napisem, że łóżko poczeka, ale choroba – nie. Oczywiście vaginet obywatela Tuska Donalda tym protestem się nie przejmuje, bo znacznie ważniejszy z punktu widzenia vaginetu i jego przyszłości, jest zatarg miedzy dwiema vaginessami: Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz oraz Pauliną Hening – Kloską, które w vaginecie mają fuchy ministerialne. W Knesejmie pojawił się bowiem wniosek o votum nieufności wobec Pauliny Hening-Kloski, za którym zaciekła we wrogości swojej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nie tylko sama zamierza zagłosować, ale również skłonić do tego kompanionów z lazaretu po rozpadzie partii jednorazowego użytku pana Szymona Hołowni – oczywiście Wielce Czcigodnego. Tymczasem vaginessa, której obywatel Tusk powierzył w swoim vaginecie fuchę ministra zdrowia, żadnymi protestami się nie przejmuje – bo niby dlaczego miałaby się przejmować, skoro w stosunku do niej nikt nie składa żadnych wniosków o votum nieufności? A dlaczego nikt nie składa? Tego oczywiście nie wiem, ale podejrzewam, że dlatego, iż pozostali Wielce Czcigodni posłowie skwapliwie korzystają z okazji, by siedzieć cicho, bo nie wiedzą, jakie właściwie remedium mieliby zaproponować. Tymczasem remedium jest – ale jego zastosowanie wymagałoby nie tylko od Wielce Czcigodnych podjęcia decyzji, czyim dobrem powinni się kierować – czy dobrem obywateli, czy interesem własnym i biurokratycznego gangu, który pasożytuje na ciele narodu i państwa, a z Wielce Czcigodnymi żyje w symbiozie – ale również od obywateli naszego nieszczęśliwego kraju – czy bliższe są im ich własne interesy, czy też interesy wspomnianego biurokratycznego gangu. Niestety bowiem, zdecydowana większość naszych współobywateli stoi na nieubłaganym gruncie utrzymania tak zwanych socjalistycznych zdobyczy ludu pracującego miast i wszy – i dopóki tak jest, dopóty nasi Umiłowani Przywódcy mogą wszystkie tego rodzaju protesty olewać ciepłym moczem. Żeby się o tym przekonać, warto przypomnieć historię reform, zapoczątkowanych w tej i w innych dziedzinach przez charyzmatycznego premiera Jerzego Buzka, co to rządził Polską w latach 1997-2001, początkowo pod kuratelą Leszka Balcerowicza, a potem już siłą inercji. Pieniądze idą „za pacjentem

Za pierwszej komuny i nawet w początkach sławnej transformacji ustrojowej, sektor ochrony zdrowia funkcjonował po staremu. Obywatele płacili podatki, rząd rozdzielał forsę i ile tam przypadło na ochronę zdrowia, tyle przypadło. Aliści środowisko władzy zaczęło puszczać nowe wiatry, że to niby trzeba również tę dziedzinę „urynkowić”, co w ówczesnych warunkach oznaczało tylko tyle, żeby – podobnie jak inne dziedziny życia publicznego – również i tę uczynić obfitym żerowiskiem dla bezpieki i konfidentów, rozparcelowanych równomiernie w poszczególnych partiach establishmentu. Tego zadania podjął się charyzmatyczny premier Jerzy Buzek, rządzący z ramienia „fabrycznych hersztów” – jak nazywał ich Kol. Rafał Ziemkiewicz – którzy doszli do wniosku, że nie będą wozić na własnych plecach jakichś tam panien Suchockich, tylko sami przejdą do polityki i umoczą usta w melasie. Ponieważ jednak rząd SLD-PSL w latach 1993-1997 „zawłaszczył państwo”, to znaczy poobsadzał wszystkie synekury w sektorze publicznym albo podsuniętymi mu konfidentami bezpieki, albo własnym faworytami, charyzmatyczny premier Buzek, ani nawet Leszek Balcerowicz nie miał gdzie wcisnąć swoich faworytów, żeby oni też mogli sobie pochłeptać. Tak narodziła się „koncepcja” – jak powiedziałby Kukuniek – przeprowadzenia wiekopomnych reform.

Tu muszę zwrócić uwagę, że wiekopomne reformy mają dwojakie cele. Cele deklarowane i cele rzeczywiste. Cele deklarowane bywają z reguły bardzo podniosłe i sprowadzają się do tego, by obywatelom przychylać nieba. Mają one jednak to do siebie, że albo się pojawią, albo nie. Z reguły się nie pojawiają. Natomiast cele rzeczywiste pojawić się muszą i to natychmiast. Tak właśnie było i w tym przypadku. Ponieważ w ramach „urynkowienia” sektora ochrony zdrowia pieniądze – po staremu zrabowane obywatelom – miały „iść za pacjentem”. Oczywiście nie samopas, co to, to nie! Kto to widział, żeby tyle zrabowanych pieniędzy pozostawić bez nadzoru? Toteż zapobiegliwy – i oczywiście charyzmatyczny – premier Buzek wykombinował, żeby gwoli nadzorowania zrabowanych obywatelom pieniędzy, utworzyć 16 terenowych Kas Chorych oraz 17 – „mundurową”. W ten sposób stworzone zostały synekury w sektorze publicznym, gdzie można było umieścić nie tylko bezpieczniaków – ale również zaplecze polityczne koalicji rządowej AWS-UW. Premier Buzek, nauczony doświadczeniem poprzedniego rządu, co to „zawłaszczył państwo”, zadbał o to, by beneficjentom synekur stworzyć takie gwarancje prawne, żeby nawet zmiana rządu nie mogła wysadzić ich z siodła. Oznaczało to, że wprawdzie deklarowane cele reformy ochrony zdrowia w postaci przychylenia nieba pacjentom nie zostały osiągnięte – ale za to zostały osiągnięte cele rzeczywiste – w postaci skokowego zwiększenia liczby synekur w sektorze publicznym oraz skokowego wzrostu kosztów funkcjonowania państwa – o ok. 100 mld złotych rocznie – bo skoro tylu filutów, którzy przecież byle czego nie zjedzą, Rzeczpospolita wzięła na swoje utrzymanie, to musiało to odpowiednio kosztować. Tedy pieniądze „szły za pacjentem” ale w takiej odległości, że wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, ale każdy inny – został natychmiast utracony. Jeszcze raz sprawdziło się spostrzeżenie księcia Saliny z powieści „Lampart”, że trzeba wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Reforma reformy

Zostało po staremu – ale nie na długo, bo kiedy już „fabryczni hersztowie” objęli swoje synekury, zainteresowanie Akcją Wyborczą Solidarność zmalało do zera i w roku 2001 ta formacja w ogóle ze sceny politycznej zniknęła. Formacja zniknęła – ale biurokratyczny aparat Kas Chorych, jako żerowisko dla wybranych pozostał. Nowy premier Leszek Miller, który w ramach rządu SLD-PSL powrócił do władzy, chciał w tych Kasach usadzić swoich protegowanych i protegowanych PSL – ale okazało się, że na skutek zastosowanych przez charyzmatycznego premiera Buzka blokad prawnych nie jest to możliwe. W tej sytuacji nie było innego wyjścia, jak zreformować poprzednią reformę. I tak się stało; Kasy Chorych zostały zlikwidowane, a na ich miejsce został powołany Narodowy Fundusz Zdrowia, z 16 odziałami terenowymi. Była to zupełnie nowa instytucja, więc stare gwarancje już jej nie dotyczyły, toteż została ona już obsadzona prawidłowo, jak się należy, przez nowych tofumfackich. Podobnie jak Kasy Chorych, również Narodowy Fundusz Zdrowia nawet nie udaje, że kogoś leczy, czy będzie to robił. Jedyną rzeczywistą racją jego istnienia jest stworzenie żerowiska dla bezpieki i jej konfidentów, a pretekstem, dla którego beneficjenci mogą sobie umoczyć usta w melasie, jest administrowanie pieniędzmi zrabowanymi obywatelom pod pretekstem wyświadczania im przez państwo usług medycznych. „My tutaj rządzim i my dzielim, bez nas by wszystko diabli wzięli” pisze poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”. I tak właśnie się to odbywa. Prześledźmy tedy drogę, jaką pieniądze zrabowane obywatelom podążają, „idąc za pacjentem”. Otóż najpierw trafiają do vaginetu, gdzie vaginessy je rozdzielają, a to na to, a to na tamto – co przybiera postać ustawy budżetowej. Stamtąd forsa przeznaczona na ochronę zdrowia trafia do biurokratycznego gangu czyli NFZ. Ten najpierw odejmuje od ogólnej sumy to, co ma sam przejeść, a resztę rozpisuje według rozdzielnika między poszczególne komórki ochrony zdrowia – szpitale i przychodnie. Tam forsa jest rozdzielana ostatecznie – na koszty, na płace oraz inwestycje. Oczywiście już w ilości znacznie zmniejszonej – bo przecież NFZ nie pracuje za darmo, co to, to nie! Ta reszta dzielona jest – według skomplikowanego rozdzielnika, opracowanego przez biurokratów. Oczywiście na nic już nie starcza, toteż nie ma innej rady, jak się zadłużać. Ale zadłużanie ma swój kres, bo jeśli dostawcy zaopatrujący szpitale w leki, energię, żywność itd. nie dostają pieniędzy, to wstrzymują dostawy. I właśnie z taką sytuacją mamy już do czynienia, a jej symbolem była zrzutka pracowników jakiegoś szpitala na sfinansowanie technicznego przeglądu urządzenia, bez którego nie można by prowadzić operacji chirurgicznych.

Nie „za pacjentem”, tylko razem z nim

W jakim kierunku powinno iść poszukiwanie dróg wyjścia z tej pułapki? Trzeba by przywrócić normalność, to znaczy – sytuację, w której pieniądze nie idą „za pacjentem” w takiej odległości, że wszelki kontakt z nimi został bezpowrotnie utracony, tylko Z PACJENTEM. W tym celu należałoby zmodyfikować system podatkowy w ten sposób, by państwo przestało rabować obywateli pod pretekstem, że będzie ich leczyć, to znaczy – by odpowiednio zmniejszyło podatki. W tej sytuacji pacjent przychodziłby do przychodni, czy szpitala z pieniędzmi, którymi płaciłby za usługę medyczną. Teraz bowiem mamy sytuację taką, że jeśli – dajmy na to, – usługa medyczna kosztuje 100 złotych, to NFZ i inne biurokratyczne gangi zabierają z tego połowę i dopiero ta pozostała połowa jest rozdzielana między szpitale, przychodnie, doktorów, pielęgniarki i salowe. Gdyby zatem wyeliminować z tego tych biurokratycznych pośredników, którzy nawet nie udają, że kogoś leczą, to ta sama usługa medyczna mogłaby kosztować nie 100, a tylko 75 złotych, które w całości rozdzielane byłoby między tych, którzy pacjentami rzeczywiście się zajmują. Oni mieliby więcej, a pacjent płaciłby mniej. Poszkodowane byłyby tylko wspomniane biurokratyczne gangi – no ale przecież one nawet nie udają, że kogoś leczą. Zatem wszystko sprowadza się do tego, czy obywatele udzielą politycznego poparcia dla likwidacji biurokratycznego żerowiska na sektorze ochrony zdrowia, czy nie. Na to jednak się nie zanosi. Wprawdzie Józef Stalin mówił, że komunizm pasuje do Polaków, jak siodło do krowy – ale najwyraźniej przez okres pierwszej komuny i jej kontynuacji obecnie, zdążył się dopasować.

Stanisław Michalkiewicz

Tekst ukazał się w tygodniku  „Najwyższy Czas!”. Źródło: michalkiewicz.pl


Promuj nasz portal - udostępnij wpis!
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 5)

Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)
Tagi: ,

Podobne wpisy:

Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 6)

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*