Za pierwszej komuny Chińczycy formułowali pod adresem Ameryki tak zwane „poważne ostrzeżenia”. Kiedy ich liczba doszła do ponad 400, nie robiły już na nikim żadnego wrażenia, a jeśli już – to przede wszystkim humorystyczne. Dzisiaj Chiny – o ile mi wiadomo – nie formułują pod adresem Ameryki żadnych ostrzeżeń – ani „poważnych”, ani zwyczajnych. Przeciwnie – właśnie gdy to piszę, do USA wybiera się obecny chiński przywódca, by nie tylko wziąć udział w sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, ale również – spotkać się z prezydentem Trumpem, który w związku z tym przerwał wypoczynek i zameldował się w Białym Domu. Jakby tego było mało, Amerykanie „w trybie pilnym” odwołali też wizytę wicepremiera, ministra-ministrowicza, obywatela Kosiniaka-Kamysza Władysława, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra obrony. Miał on spotkać się z amerykańskim sekretarzem wojny Hegsethem, ale ten prawdopodobnie będzie towarzyszył prezydentu Trumpu w rozmowach z Xi Jinpingiem, więc minister-ministrowicz będzie musiał trochę poczekać. Poza tym pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby sekretarz Hegseth wcale się nie palił do pomysłu utworzenia w Polsce stałej bazy amerykańskiej. Utworzenie takiej bazy oznaczałoby kres obowiązywania amerykańsko-rosyjskich porozumień z Paryża z roku 1997. Jak pamiętamy, Rosja nie wyraziła zastrzeżeń wobec planów przyjęcia państw Europy Środkowej do NATO, ale wcześniej Amerykanie porozumieli się z Moskwą co do „środków budowy zaufania”. Obejmowały one m.in. zobowiązanie, że zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej, a na terytoriach państw nowo przyjętych do NATO nie będą zakładane stałe bazy Sojuszu. Dlatego dotychczas obecność wojsk amerykańskich w Polsce miała charakter „rotacyjny”: w Noc Świętojańską miały być w jednym miejscu, w Noc Walpurgii – w jakimś innym, a w Noc Sylwestrową – jeszcze gdzie indziej. Stała baza byłaby czymś nowym, a ponieważ nie wiadomo, co w sprawie Rosji postanowi prezydent Trump, to nic dziwnego, że w tej sytuacji również sekretarz Hegseth zachowuje wstrzemięźliwość i nie miałby do zakomunikowania ministru-ministrowiczu niczego konkretnego.
Ale zaczęliśmy od wspomnień o „poważnych ostrzeżeniach” chińskich nie bez kozery. Oto bowiem Agencja Moody’s, po raz pierwszy od 24 lat, obniżyła Polsce tzw. „rating” z drugiego na trzecie miejsce, uzasadniając ten krok narastającym lawinowo zadłużeniem państwa no i narastającymi kosztami obsługi długu publicznego, które podobno przekroczyły już 111 miliardów złotych rocznie. Jaka jest wysokość tego długu – tego dokładnie nie wiadomo, bo jeszcze za poprzedniego vaginetu obywatela Tuska Donalda, jego minister finansów, poddany brytyjski, pan Jacek „Vincent” Rostowski bodajże trzykrotnie zmieniał sposób naliczania długu publicznego, a poza tym, za firmowanych przez Naczelnika Państwa rządów „dobrej zmiany”, rozmaite wydatki rządowe finansowane były – podobnie jak i teraz – z funduszy pozabudżetowych. Na przykład Bank Gospodarstwa Krajowego emituje obligacje np. na Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. Ponieważ NBP nie może kupować obligacji bezpośrednio w Banku Gospodarstwa Krajowego, bo konstytucja zabrania finansowania deficytu budżetowego kredytem NBP, to najpierw obligacje wyemitowane przez BGK skupują banki komercyjne, a dopiero od nich, te obligacje skupuje NBP – ma się rozumieć – nie za darmo – i wszystko jest gites, tenteges. Oczywiście gwarantem obligacji emitowanych przez BGK jest Skarb Państwa, a więc – w ostatecznym rachunku – nieświadomi niczego podatnicy, którzy tylko potem się dziwują, dlaczego wszystko tak drożeje. Ale na tym właśnie polega mechanizm sławnej „wrażliwości społecznej”, która jest tak upragniona przez liczne rzesze zadowolonych ze swego rozumu, postępowych obywateli, których w tej skłonności wspiera również znaczna część przewielebnego duchowieństwa, a dyskretnego wsparcia udziela całemu przedsięwzięciu lichwiarska międzynarodówka, do której trafiają miliardy z tytułu „obsługi” długu publicznego. Wszyscy zatem są zadowoleni, może z wyjątkiem tych obywateli, którzy już skapowali, na czym rzecz polega – ale kto by się tam liczył z ich zdaniem? Najwyżej pani red. Gozdyra ich ofuknie, że to „ruskie onuce”, sługusy Putina, z którymi sługusy Zełeńskiego nie mogą się pospolitować w jakichś dyskusjach, tylko pryncypialnie ich napiętnować z wysokości wieży z kości słoniowej, gdzie przebywają sławni redaktorowie. Nie po to bowiem zadaje ona pytania, by było przyjemnie, tylko przeciwnie – by było nieprzyjemnie – ale nie wszystkim, tylko „wrogom ludu”, no i sługusom Putina. Takim mówimy nasze stanowcze „NIE” – oczywiście do czasu, aż od Naszych Sojuszników dostaniemy rozkaz, by odtąd ćwierkać z innego klucza.
Więc chociaż agencja Moody’s zdegradowała „rating” Polski, spychając nasz i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwy kraj do „klubu trzeciego miejsca”, pan minister Andrzej Domański, podobnie jak obywatel Tusk Donald, który ostatnio zaczął nawet doznawać objawów, jakoby CIA przysyłała mu „raporty”, twierdzi, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo gospodarka „rośnie” i w ogóle – jest „stabilna”. Podobnie było również za Edwarda Gierka, a nawet lepiej, bo wtedy gospodarka polska znajdowała się nie na 20, tylko na 10 miejscu w świecie – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło i gwoli opanowania sytuacji trzeba było wprowadzać stan wojenny. Jak zatem widzimy, wszystko dopiero przed nami – ale zanim nie padnie salwa, humory wszystkim, a już zwłaszcza – Naszym Umiłowanym Przywódcom, dopisują znakomicie, dzięki czemu są oni pełni wigoru i planów na przyszłość.
Ciekawe tedy, w jakiej straszliwej postaci objawią się następstwa wtrącenia Polski do „klubu trzeciego miejsca”, to znaczy – co powiedzą „inwestorzy”, których musimy się słuchać co najmniej tak samo, jak Naszych Sojuszników. Właśnie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, nakazała przekazać ukraińskim oligarchom ponad 6 mld euro, żeby nie stracili animuszu do wojny i nadal tolerowali, a może nawet – popierali – prezydenta Zełeńskiego, zatwierdzonego na naszą Duszeńkę. Zgodnie z ustawą o zasobach własnych UE, Reichsfuhrerin te miliardy tylko „pożycza”, natomiast spłacać je muszą już członkowskie bantustany – w proporcjach, jakie tam na poszczególny bantustan przypadają. W tych warunkach musimy cieszyć się z tego, co jest – a jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – jak to w klubie trzeciego miejsca.
Stanisław Michalkiewicz

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy Czas!”. Źródło: michalkiewicz.pl
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Najnowsze komentarze