No i jak tu nie podróżować? Ledwo ruszyłem się z Polski do Chicago, a tu zaraz skrzydła powinny wyrosnąć mi u ramion. Chodzi o to, że proroctwa mnie wspierały zaraz po objęciu administrowania naszym nieszczęśliwym krajem przez Volksdeutsche Partei z satelitami, czyli koalicję 13 grudnia. W atmosferze całkowitej niemożności lansowałem pomysł dokonania podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu. Chodziło – przypominam – o to, by ktoś, a właściwie Ktoś z CIA, mówiący po polsku – ale z silnym amerykańskim akcentem – wykonał do obywatela ministra-ministrowicza, Władysława Kosiniaka-Kamysza telefon treści następującej: „wiecie, rozumiecie, Kamysz. Wy jesteście chyba przyjacielem Stanów Zjednoczonych, co? – Cóż na takie dictum mógłby odpowiedzieć obywatel Władysław Kosiniak-Kamysz? Myślę, że coś w rodzaju: tak toczno, wasze wysokobłagariodie! – No widzicie – usłyszałby w odpowiedzi – W takim razie pokażcie jakiś dowód przyjaźni. Na przykład – o – pluńcie na tę całą Volksdeutsche Partei, odwróćcie sojusze, a my pomyślimy, czy by nie zrobić was premierem nowego tubylczego rządu – bo już dosyć mamy tego całego obywatela Tuska Donalda i tego całego Księcia-Małżonka od krawatów!” W taki oto sposób, bez żadnej rewolucji, wypędzania obywateli na ulice, palenia opon i kotłowania się z policją dokonałaby się u nas podmianka na pozycji lidera – podobnie, jak to było w roku 2015. Jak pamiętamy, za sprawą prezydenta USA Baracka Obamy, co to wysadził w powietrze porządek lizboński, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie słynnego „majdanu” z paleniem opon, strzałami i nieboszczykami, nasz nieszczęśliwy kraj spod kurateli niemieckiej, zaczął przechodzić pod kuratelę amerykańską. W związku z tym pan Marek Falenta, co do którego podobno do dzisiaj nie ma pewności na odcinku psychiatrycznym, zorganizował spisek przeciwko III Rzeczypospolitej z udziałem trzech kelnerów, co to podsłuchiwali dygnitarzy rządu Volksdeutsche Partei w restauracji „Sowa i Przyjaciele” oraz innych knajpach – a uzyskane w ten sposób rewelacje zaczęły przeciekaćpią się do niezależnych mediów głównego nurtu, kompromitując Volksdeutsche Partei i jej działaczy. W rezultacie wybory prezydenckie w roku 2015. również ku swojemu zaskoczeniu, wygrał Andrzej Duda, a wybory parlamentarne – trzódka Naczelnika Państwa – który, za sprawą Naszego Najważniejszego Sojusznika, wyznaczył absolwentkę Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA, panią Beatę Szydło, pierwszym ministrem tubylczego rządu.
Przypominam o tym wszystkim, bo właśnie obywatel Tusk Donald buńczucznie oświadczył, że „nikt” nie będzie wyznaczał rządów w naszym bantustanie, ani mówił, kto może rządzić, a kto nie. Co za głupstwa, w dodatku zuchwałe! Dyć przecież żyją ludzie, co na własne oczy widzieli, jak Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje publicznie wyznaczała obywatela Tuska Donalda na premiera nowego tubylczego vaginetu, życząc mu uspiechow na nowej drodze życia, a z kolei Jego Ekscenencja ambasador Tomasz Róża publicznie oświadczył, że „nie wyobraża sobie” rządu w naszym bantustanie z udziałem Grzegorza Brauna? Jakże tedy „nikt” nie będzie nam wyznaczał, ani nam mówił? Przyzwyczailiśmy się, że obywatel Tusk Donald potrafi bredzić, niczym Piekarski na mękach, ale to na użytek tubylców, a zwłaszcza – mikrocefali, co to chełpią się przed prostaczkami naukowymi tytułami uzyskanymi w Kolegium Tumanum – ale przecież nie na serio, zwłaszcza wobec przedstawicieli Naszych Sojuszników! Nawiasem mówiąc, tu w Chicago jest restauracja „U Tumana”, gdzie ponoć podają świetne burgery – więc z obowiązku trzeba będzie to sprawdzić.
A obywatel Tusk Donald wygłosił swoje buńczuczne oświadczenie w zweiązku z ujawnieniem rozmowy, jaką minister-ministrowicz, obywatel Władysław Kosiniak-Kamysz, miał odbyć w marcu bieżącego roku z prezydentem Donaldem Trumpem. Podobno prezydent Trump sondował ministra-ministrowicza czy przypadkiem nie dokonałby odwrócenia sojuszy koalicyjnych. Słowem – nawet nie Ktoś z CIA, tylko sam prezydent! Oczywiście minister-ministrowicz natychmiast zameldować miał o tym Donaldu Tusku, który uznał tę rozmowę za tak „interesującą”, że do dzisiaj zachował ją dla siebie. Ale tak się tylko mówi. Najwyraźniej bowiem minister- ministrowicz meldując Tusku o tej rozmowie próbował z kolei jego wysondować, czy zaoferuje mu lepsze warunki, niż to zrobił prezydent Trump. Oczyma duszy widzę, jak obywatel Tusk dzwoni do Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, prosząc o wsparcie w tych terminach – a ona – jak to ona – poradziła mu, by jakoś wynagrodził ministra-ministrowicza i PSL, dzięki czemu do podmianki nie doszło. Był może Obywatel Tusk Donald, a jeśli nawet nie on sam, to Wielce Czcigodny Giertych Roman ma jakieś kompromaty o których lepiej sza! – więc wszystko zostało po staremu. To znaczy – niezupełnie, bo teraz rusza ofensywa przeciwko Wielce Czcigodnemu Adamowi Bielanowi, który „ułatwił” ministru-ministrowiczu spotkanie z prezydentem Trumpem, o „zdradę”. Kogo „zdradził” – to nie jest jasne, bo np. pan Dariusz Joński bredzi o zamachu na „politykę zagraniczną”, na którą monopol przysługuje ponoć Księciu-Małżonku – ale każde dziecko wie, że to nieprawda, bo nasi Umiłowani Przywódcy, wśród nich – Książę-Małżonek – uprawianie jakiejkolwiek polityki, a już zwłaszcza zagranicznej, mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane. Polityki zagranicznej nie wolno uprawiać nawet starym kiejkutom, które muszą słuchać central, gdzie się w swoim czasie poprzewerbowywały – a cóż dopiero Księciu-Małżonku, czy nawet obywatelu Tusku Donaldu, którzy przed starymi kiejkuty skaczą z gałęzi na gałąź? Jednak, chociaż do niczego nie doszło, czyż nie miło usłyszeć, że słuszna myśl prędzej czy później znajdzie jednak swego amatora? Dlatego i ja, chociaż na chicagowskim bruku, zaraz poczułem się doceniony chociaż moje samopoczucie byłoby jeszcze lepsze, gdyby prezydent Trump jednak ministra-ministrowicza przekabacił. Wiadomo, że za darmo by nie było, no ale szkiełkiem tyłka nie obetrzesz.
Najwyraźniej prezydent Putin już to skapował, bo ku żywej irytacji przedstawicieli autorytetów moralnych, już przed „wieloma miesiącami” wysunął Amerykanom propozycję nie do odrzucenia, która obecnie negocjują – podobno bez żadnego osobistego zainteresowania – panowie Kushner i Witkoff. Chodzi o sprzedaż Amerykanom rosyjskich rafinerii i koncernu Łukoil. Dzięki temu lepiej rozumiemy, nie tylko na czyje zlecenie i w jakim celu Ukraina „od wielu miesięcy” korzystając z wywiadowczego wsparcia amerykańskiego, ostrzeliwuje ruskie rafinerie swoimi ponaddźwiękowymi dzidami, jak również – niedawne apele prezydenta Donalda Trumpa do prezydenta Zełeńskiego, by się opamiętał i przestał ostrzeliwać wspomniane rafinerie, bo produkują one diesel, bez którego świat pogrąża się w paroksyzmach. Mniejsza już z tym całym światem, ale rzeczywiście – amerykańscy biznesmeni nie chcą nabywać żadnych ruin i zgliszcz po ruskich rafineriach, tylko co najwyżej – lekko uszkodzone, a więc oczywiście tańsze – ale zdolne do produkcji wszystkich produktów ropopochodnych. Kalkulacja jest taka; jeśli nawet Rosja będzie musiała sprzedać rafinerie trochę taniej, to jednak alternatywa jest jeszcze gorsza – bo najpierw trzeba by te rafinerie ogromnym kosztem bronić, a potem mogłoby się okazać, że nie ma już czego sprzedawać. Tymczasem rafinerie, chociaż amerykańskie – będą jednak przerabiały ruską ropę, ale żaden tankowiec nie będzie już w tych warunkach objęty sankcjami. W ten sposób Putin też swoje zarobi, zarobią Amerykanie, a nie wykluczone, że również prezydent Zełeński i jego oligarchowie będą mieli w tym interesie jakieś ciche udziały – bo czy w przeciwnym razie Ukraina prowadziłaby taką ofensywę?
Udział prezydenta Zełeńskiego i ukraińskich oligarchów wydaje się konieczny jeszcze z jednego powodu. Oto Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje właśnie 6 października wydała z głębi wezbranej piersi buńczuczne oświadczenie, że Unia Europejska „nigdy” nie będzie kupowała ruskiego gazu. My jednak pamietamy, że Winston Churchill już dawno wyjaśnił premierowi Stanisławowi Mikołajczykowi, co to mu deklarował, ze Polska „nigdy” nie zgodzi się na oddanie Lwowa i Wilna mruknął: „hmmm, „nigdy”, „nigdy”. To jest waśnie słowo, którego nikomu nie można zabronić wymawiać”. Zwróćmy jednak uwagę, że Reichsfuhrerin mówi o „gazie”, ale o ruskiej ropie i produkowanych z niej benzynach, czy dieslu – już nie. Gdyby jednak prezydent Zełeński i ukraińskie parchy-oligarchy, miały w tym interesie udziały, to nie tylko Unia Europejska mogłaby kupować te wszystkie produkty. Ach, co ja mówię: „mogłaby”! Nie „mogłaby” tylko by musiała, przynajmniej do momentu, kiedy w Niemczech władzę przejęłaby AfD, czyli najpóźniej do roku 2029. A jak Unia Europejska by musiała, no to i nasz nieszczęśliwy kraj też, nieprawdaż? Dlatego właśnie stado autorytetów moralnych już teraz ze zgrozą beczy, że Putin złożył „skandaliczną” propozycję. Ano cóż; trzeba będzie połknąć własny jęzor – ale czegóż nie robi się dla Polski?
A przecież mówiłem, że po spektakularnym rozgromieniu Rosji przez Księcia-Małżonka, co to w Kijowie zrobił minę tak straszną, że na ten widok Putin podobno struchlał, odstąpił on o planów ataku nawet na mocarstwa bałtyckie i tylko postanowił doskonalić się w prowokacjach. Jeśli ta mu się uda, to i u nas wszyscy zaczną ćwierkać z całkiem innego klucza, niż dotychczas, być może z tego samego, z którego ćwierka Grzegorz Braun – ale oczywiście ani przez chwilę nie przestaną go potępiać. Bo jak jest rozkaz, żeby potępiać – to wszyscy posłusznie potępiają, no bo jakże inaczej?
Stanisław Michalkiewicz

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy Czas!”. Źródło: michalkiewicz.pl
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Najnowsze komentarze