Los rodziny Ulmów ze wsi Markowa zamordowanych przez Niemców za ukrywanie Żydów w swoim gospodarstwie jest jednym z symboli martyrologii narodu polskiego pod okupacją niemiecką podczas II wojny światowej. W szczególności symbolem zbrodni dokonywanej przez Niemców na Polakach ukrywających Żydów, co było przez Niemców karane śmiercią, początkowo tylko samego ukrywającego, ale niebawem także jego rodziny.
Jako męczennicy Ulmowie bezsprzecznie zasługują na pamięć tak, jak miliony Polaków pomordowanych z rąk okupantów. Uznanie faktu ich męczeństwa jest jednak czymś innym, niż organizacja i propagowanie kultu. To pierwsze jest prostym stwierdzeniem prawdy historycznej, to drugie – decyzją z zakresu polityki historycznej państwa, z chwilą gdy w działania na rzecz pamięci włącza się państwo. Nie będę się wypowiadał o sprawie uznania rodziny Ulmów za świętych przez Kościół Katolicki, bo nie czuję się kompetentny w tej materii. Ale działania państwa w tej sprawie są sprawą nas wszystkich, całej politycznej wspólnoty.
Podstawowym obowiązkiem obywatela pod okupacją jest walka z okupantem, jeżeli zaś z jakichś względów włączenie się w nią jest niemożliwe, to przynajmniej bierne sabotowanie działań okupanta w tym zakresie, w jakim jest to możliwe w danym przypadku. Absolutnym minimum zaś jest nie pomaganie okupantowi inaczej, jak pod bezpośrednim przymusem. Pomaganie Żydom było jednym z elementów sprzeciwu narodu walczącego z okupantami. Właśnie jednym z elementów, który nie może przesłaniać całości obrazu.
Bo główną osią dziejów wojny i okupacji 1939-1945 była walka narodu polskiego z okupantami w kraju i na wszystkich frontach europejskiego teatru działań wojennych. Pomińmy już kampanię wrześniową 1939 r. walkę Polskich Sił Zbrojnych podległych rządowi emigracyjnemu, czy polskie formacje zbrojne podległe Moskwie – skupmy się tylko na dziejach okupowanego kraju w tym czasie, jako bezpośrednio będących tłem historycznym omawianego zdarzenia. A okupowana Polska to cały fenomen Polskiego Państwa Podziemnego, konspiracji cywilnej i zbrojnej, Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Narodowych Sił Zbrojnych i innych organizacji. To fenomen podziemnego nauczania ujętego w ramy organizacyjne, podziemnej prasy, konspiracja nawet w obozie Auschwitz, a nawet próba propagandowego uderzenia wroga w jego języku, jakim była prasa „akcji N”. To w końcu sukcesy polskiego wywiadu realnie przyczyniającego się do szybszego zakończenia wojny, jak choćby prace polskich kryptologów czy rozpracowanie rakiet „V”. To także fenomen masowego sprzeciwu wobec zarządzeń okupanta, bez którego praca struktur podziemnych byłaby niemożliwa w tej skali w jakiej zaistniała. Na tym tle ratowanie Żydów zarówno zorganizowane przez organa podziemnego państwa („Żegota”) jak i takie całkiem spontaniczne (jak działania rodziny Ulmów) są drobną częścią obrazu.
Tymczasem wyróżnienie tego ostatniego do stopnia „miary człowieczeństwa”, stanowi deklarację, że stopień zaangażowania naszej społeczności w ratowanie Żydów jest podstawową miarą oceny wszystkiego w jej wojennym zachowaniu. Zatem cały nasz tytaniczny wysiłek opłacony kilku milionami ofiar nie mówiąc już o stratach materialnych staje się nieważny wobec tylko jednego, drobnego aspektu historii. Westerplatte, Wizna, Monte Cassino, Falaise, Powstanie Warszawskie, Wał Pomorski, Kołobrzeg – to wszystko przestaje mieć znaczenie, jeśli tylko II wojna stanowi dodatek do „Holocaustu”.
Żydzi stworzyli pewien mit – że II wojna światowa to przede wszystkim „Holocaust”, specjalne działania wymierzone w nich i że ówczesnych Europejczyków walczących z tą emanacją niemieckiego imperializmu, jakim była III Rzesza można podzielić na sprawców (dziś mityczni „naziści” nie zaś Niemcy, w czym przejawia się współdziałanie żydowskiej polityki historycznej z niemiecką), ofiary ( kategorię obejmującą wszystkich Żydów, więc i policję żydowską w gettach, gorliwie przecież Niemcom służącą) i świadkowie „bezprecedensowego w dziejach” zdarzenia. (M.in. dlatego aby utrzymać fałsz „bezprecedensowości” środowiska żydowskie niechętnym okiem patrzyły na przypominanie podobnych czy wręcz tożsamych co do istoty zdarzeń – jak eksterminacja Ormian przez Imperium Tureckie w 1915, na którą zresztą Hitler się powoływał jako na wzór postępowania, czy eksterminacja Cyganów przez III Rzeszę). Redukcja naszych zasług w II wojnie tylko do liczby ratujących i uratowanych sprzyja utrzymaniu tego mitu.
Dodajmy – zwłaszcza na użytek tych, którzy chcieliby kult „sprawiedliwych” traktować pragmatycznie – że ich zasługi łatwo jest zakwestionować. Otóż zawsze będzie można powiedzieć: nie zrobiliście wszystkiego, co można, dlaczego nie zrobiliście więcej? Historia nie jest nauką eksperymentalną i nie można udowodnić jak w fizyce doświadczeniem, że tym razem zrobiono naprawdę wszystko, co możliwe. Łatwości kwestionowania Ulmów i innych sprzyja praktyczne odejście pokolenia pamiętającego wojnę jako ludzie dorośli, a także tworzenie obrazu wydarzeń historycznych głównie przez kulturę masową. Zastanówmy się ilu widzów w USA oglądających jakiś film o II wojnie i Żydach ma świadomość, że duża część Żydów obywateli II RP nie mówiła językiem polskim w stopniu umożliwiającym skuteczne udawanie Polaka. Biorąc pod uwagę upadek nauczania humanistyki w polskich szkołach zasadnym jest pytanie, ilu Polaków ma świadomość tego faktu, fundamentalnego przecież dla sprawy, o której piszemy. A ilu pamięta, co to takiego „zły wygląd” – pojęcie spotykane w źródłach z epoki, a odnoszące się do faktu fizycznej odmienności części Żydów od Polaków, co bywało przyczyną dekonspiracji ukrywającego się Żyda (nawet jeśli posiadał on dobre fałszywe dokumenty). Sama przecież próba wyjaśnienia tego pojęcia może oznaczać otarcie się o zarzut „rasizmu”. Wszystko to sprzyja tym, którzy w kulturze masowej Zachodu mogą finansować i utrwalać przychylne im mity i tym kimś na pewno nie są Polacy. Dodajmy, że obronę prawdy historycznej utrudnia nam sama ewolucja humanistyki zachodniej, negująca samo pojęcie prawdy w rozumieniu arystotelesowskim, a zastępująca je „narracją”. (Dzieje się tak przynajmniej na gruncie nauk humanistycznych, o innych nie mam kompetencji się wypowiadać. Wydaje mi się jednak, że w dziedzinie budowy mostów lub konstrukcji rakiet kosmicznych czy łodzi podwodnych odejście od kategorii prawdy i fałszu skutkowałoby nie tylko kompromitacją intelektualną lecz i fizycznym ryzykiem, którego apologeci „śmierci prawdy” nie chcieliby podejmować). Jeżeli zatem historiografia nie jest próbą opisu prawdy, lecz przedstawieniem subiektywnej narracji autora, to sam fakt, że to my mówimy prawdę a nie nasz polemista – traci znaczenie. Dla upowszechnienia zaś danego przekonania („narracji”) w świecie ma znaczenie nie jego prawdziwość lecz masowość i atrakcyjność przekazu, czyli w ostatecznym rachunku – wielkość środków jakie możemy przeznaczyć na naszą politykę historyczną. Jasne, że w takiej konkurencji to nie my będziemy stroną wygraną.
Znanym jest fakt powstania „religii Holocaustu” czyli w pewnym uproszczeniu – nadaniu stratom żydowskim podczas II wojny światowej statusu nie faktu historycznego (jakim były) ale faktu teologicznego, a na pewno historiozoficznego – jako faktu rzekomo bezprecedensowego i otwierającego nową epokę w dziejach. Wyjątkowość Holocaustu podkreśla wyjątkowość Żydów – zwłaszcza, że religijny argument na ich wyjątkowość mniej znaczy w świecie współczesnym. Pełni „religia Holocaustu” funkcję jednoczącą światową wspólnotę żydowską (jakiej nie pełni już judaizm wobec procesów sekularyzacyjnych) ale ważna jest też jako narzędzie umacniające pozycję Żydów w świecie cywilizacji zachodniej. Kult rodziny Ulmów w oczywisty sposób umacnia znaczenie „religii Holocaustu” a zatem w dłuższej perspektywie szkodzi Polsce.
Najistotniejszym jednak i najbardziej szkodliwym w kulcie Ulmów i w ogóle „sprawiedliwych” jest jednak milczące założenie, że ocena postawy naszej zbiorowości zależy od stopnia jego zaangażowania w ratowanie obcych, a zatem sama w sobie ta społeczność nie ma znaczenia. Jest tylko funkcją ratowania Żydów, na tym polega jej historyczna zasługa, tym większa, im więcej było ratujących. Że mogą tak myśleć Żydzi o „gojach” czyli kimś gorszym i z wyroku Jahwe skazanego na bycie tylko dodatkiem do świata żydowskiej historii to zrozumiałe, bo wynika z samej istoty żydowskiej religii, którą jest przekonanie o byciu wybranym przez Boga. Ale ten kto nie będąc Żydem to uznaje, zgadza się tym samym z drugorzędnością historycznej roli swojej wspólnoty, z jej redukcją do roli dodatku do historii żydowskiej. Kult rodziny Ulmów i w kult ogóle „sprawiedliwych” umacnia takie przekonanie, nawet wbrew intencjom jego propagatorów.
Te rozważania należy widzieć także na tle podstawowego (niechby tylko postulowanego) celu naszej wspólnoty jakim w sensie politycznym jest niepodległość, ale ona sama jest częścią szerszego stanu jaki nazwałbym samoistność. Zdolność istnienia mocą tylko własną na wszystkich możliwych poziomach istnienia. Nie tylko politycznym ale także gospodarczym i kulturowym. Sama niepodległość polityczna jest do tego niezbędna, nic jednak nie gwarantuje – taka Meklemburgia (przynajmniej po pokoju westfalskim) była niepodległa, ale ponieważ etnos słowiański ją tworzący (obotrycko-wielecki) uległ germanizacji, to nie utrzymała się i odrębność polityczna z chwilą, gdy wśród ludności mówiącej odmianami niemczyzny zwyciężyła idea jednoczenia krajów niemieckojęzycznych. Zatem sytuacja, w której nasz naród godzi się być w perspektywie dziejowej dodatkiem do jakiegoś innego, uzależnia jego istnienie od tego drugiego, przynajmniej w dziedzinie postrzegania siebie samego, co jest częścią szeroko rozumianej kultury narodu. A podległość w dziedzinie kultury jest wstępem do wszelkiej innej podległości. Nie godząc się na podległość powinniśmy odrzucić kult rodziny Ulmów.
Barnim Regalica

Źródło: https://www.facebook.com/people/Niklot-Szczecin/100064346935385/
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Najnowsze komentarze