Spotykałem się niekiedy ze sprzeciwem wobec opatrywania okresów w historii Polski liczebnikami, numerowania naszych Rzeczypospolitych tak, jak Francuzi numerują swoje Republiki. Ci, którym nie podoba się pisanie: I Rzeczpospolita, II Rzeczpospolita, III Rzeczpospolita najczęściej twierdzili, że określenie „II Rzeczpospolita” zostało ukute dopiero w czasach PRL (komuniści!), a „I Rzeczpospolitą” ochrzczono tak, bo była przed Drugą i tylko dlatego.
Ale ja lubię pisać „I Rzeczpospolita”, ponieważ określenie to wynosi przedrozbiorowe królestwo Polski ponad wszystkie późniejsze postacie jej państwowości: Pierwsza znaczy – najlepsza, wyższa od pozostałych, wzorcowa, ta, która była na początku. I Rzeczpospolita zniknęła z mapy Europy ponad dwieście lat temu. Jej sukcesorami są państwa położone na ziemiach, które niegdyś wchodziły w jej skład. A więc poza Polską tak zwane państwa ULB – Ukraina, Litwa, Białoruś, do których można by jeszcze ewentualnie dodać Łotwę i Estonię, choć ich ziemie krótko należały do I Rzeczypospolitej.
W tym kręgu państw sukcesyjnych do epoki przedrozbiorowej najmocniej odwołuje się w swojej polityce historycznej Białoruś. Nie Polska, która w obecnej postaci wydaje się uważać swe dzieje za zapoczątkowane jeśli nie „odzyskaniem niepodległości” w 1918 r., to najwcześniej w okresie zaborów. Wynika to oczywiście z błędu, jakim jest opieranie tożsamości zbiorowej na istnieniu sztucznej konstrukcji „nowoczesnego narodu” i brak poczucia więzi ze wszystkim, co istniało wcześniej, czyli z prawdziwą tradycją własnego kraju. Ja natomiast uważam, że państwem sukcesyjnym najmocniej wciąż nasyconym tradycją I Rzeczypospolitej jest Ukraina, która jeśli odwołuje się w swojej polityce historycznej do dawnego polskiego królestwa, to raczej negatywnie.
Najważniejszą dla dzisiejszej Ukrainy instytucją są tak zwani oligarchowie oraz kierowane przez nich biznesowe „rodziny” czy „klany”, kontrolujące życie gospodarcze i polityczne naszego wschodniego sąsiada. To one stanowią prawdziwą, niepisaną konstytucję państwa ukraińskiego. Podział wpływów w gronie kilkunastu oligarchów, ich pozbawiona uprzedzeń ideologicznych rywalizacja pozostają głównymi mechanizmami działania ukraińskiego systemu politycznego.
Co to ma wspólnego z tradycjami epoki przedrozbiorowej, niech wyjaśni nam oryginalny polski myśliciel, filozof Henryk Kamieński (1813-1866) – trochę heglista, trochę monarchista, trochę republikanin, trochę zwolennik pracy u podstaw, trochę rewolucjonista, trochę romantyczny słowianofil, trochę okcydentalista, trochę insurekcjonista, trochę liberał, trochę terrorysta, a żadne z nich do końca. W 1857 r. Kamieński anonimowo ogłosił napisane pod wrażeniem wojny krymskiej dzieło „Rosja i Europa. Polska”. Zawarł w nim między innymi jedną z najciekawszych analiz systemu politycznego I Rzeczypospolitej. Do jego charakterystycznych cech zaliczył funkcję spełnianą przez magnatów, potocznie nazywanych po prostu „panami”. Nie byli oni tylko grupą społeczną, lecz instytucją, elementem ustroju:
„Na czele państwa feudalnego stał dziedziczny król, pod którego zwierzchnictwem rządzili dziedziczni także Panowie, dość od niego niezależni. Każdy z nich miał czy to większy, czy też mniejszy swój okrąg, swoje małe państwo, w którym był prawie wszechwładnym, pomimo imiennej (nominalnej) panującemu podległości; zarząd kraju był w ich rękach rozrzuconym, nie zaś w monarszych skupionym. Otóż w Rzpltej król znajdował się w takimże samym stosunku do Panów, którzy istotnymi zarządcami byli; Polska również była nie ześrodkowaną i tak samo pomiędzy tych ostatnich rozrzuciła swoje rządy, ale Polska była wolną, ponieważ niedziedziczny król i niedziedziczni Panowie byli jej sługami, stosującymi się do jej woli.” (1).
I dalej rozwija filozof taką charakterystykę tej instytucji:
„Nie było wcale wyborów na Pańską godność ani podziału kraju na pańskie dzielnice, chociaż w istocie Rzplta kraj dzieliła do zarządu między Panów, których sama wyznaczała, co się odbywało w bardzo prosty sposób następujący. Nie z mocy ustawy, ale z przyrody rzeczy tworzyły się pomiędzy szlachtą, że tak powiemy, większe lub mniejsze polityczne rodziny tożsamością interesu skojarzone, które musiały nie tylko wedle pojęć, ale nadto także wedle potrzeb swojego czasu szukać dla siebie stosownego urządzenia dla wspólnego dobra. Ci, którzy powszechne zaufanie pośród nich wyjednać dla siebie umieli, stawali się w całym ówczesnym znaczeniu tego wyrazu głowami rodzin politycznych, które ich przyjmowały za ojców, za opiekunów nad sobą, jednym słowem, za Panów, oddając im się zupełnie z nieograniczonym zaufaniem. Dlatego zaś tak im się oddawały, że się w żaden sposób obejść bez nich by nie mogły. Do czego Pan był szlachcie, trzeba pokrótce powiedzieć. Owego czasu, kiedy ustawy jeszcze uosobionymi bywały, on sam jeden zastępował wszystkie urządzenia, na które się wtedy jeszcze zdobyć nie umiano. On zawsze miał gotową siłę do zabezpieczenia od wszelkiego gwałtu tych, nad którymi się opiekował i do wprowadzenia w wykonanie wszelkiego służącego im prawa. Prostego bowiem wyroku sądowego nie można było do skutku przywieść, nie zapewniwszy sobie potrzebnej do tego siły, której Rzplta nie obmyślała. – On pomiędzy swoimi klientami powagą swoją utrzymywał zgodę, nie dopuszczał nadużyć, jednał lub rozsądzał spory. – On, w każdym razie skory do niesienia pomocy, prawdziwe zabezpieczenie dla szlachty stanowił od klęsk i losowych wypadków, a nawet w razie śmierci z obowiązku swego był opiekunem wdów i sierot. Dwór zaś jego był prawdziwym zakładem publicznym dla całej szlachty, która w nim znajdowała wychowanie dla młodzieży, a w późniejszym wieku zawód wojskowy lub obywatelski (cywilny), albo wstęp do publicznego wyższego życia. Był jeszcze, że tak powiemy, gospodą całej szlachty, która się w nim znajdowała jak u siebie; był punktem zbioru, a wreszcie ogniskiem politycznym. Otóż tedy pod tym wyobrażeniem Pan rozumiała się uosobiona, że tak powiemy, ustawa politycznej rodziny pod względami materialnym i umysłowym. Taka zaś rodzina stanowiła odrębne samo w sobie ciało, obdarzone zupełnym a niezależnym ustrojem (organizmem) i urządzeniem, o które nie potrzebowała się zgłaszać do Państwa (Staat), które wreszcie nie mogłoby go dać.” (2).
Na dzisiejszej Ukrainie oligarcha jest więc tym samym, czym był pan, magnat, w I Rzeczypospolitej. Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden aspekt takiego oligarchicznego systemu politycznego, do którego Kamieński się nie odnosi. Ukraiński oligarcha prowadzi coś w rodzaju własnej polityki zagranicznej, zawierając czasem układy z zagranicą, tak jak kiedyś robił to polski magnat. Mimo to ukraiński proces polityczny, polegający na utrzymywaniu w państwie podziału wpływów między oligarchami i ich rywalizacji o powiększenie swoich wpływów, pozostaje procesem wewnętrznym, dośrodkowym – jego centrum, a raczej jego centra są w kraju, nie za granicą. Oligarcha wchodzi w kontakty z władzami innych państw, aktorami niepaństwowymi, zagranicznymi grupami interesu, ale ma dość pieniędzy i władzy, by występować wobec nich jako samodzielna siła i partner do rozmów, którymi pozostaje również dla rządu własnego kraju. Nie da się sprowadzić do roli krajowego reprezentanta zagranicznych ośrodków, jak widzimy to w przypadkach wielu polityków w Polsce.
Najważniejsza instytucja ukraińskiego systemu politycznego to bliski odpowiednik przedrozbiorowej magnaterii. Ze wszystkich państw sukcesyjnych I Rzeczypospolitej Ukraina jest do niej najbardziej zbliżona. Na pewno bardziej od łapczywie chłonącej „zachodnie standardy” Polski. Więc do kogo Polacy chcą iść z mrzonkami jagiellońskimi, jakie lubią u nas cyklicznie powracać?
Adam Danek

1. Henryk Kamieński, Rosja i Europa. Polska, Warszawa 1999, s. 343 (pisownię uwspółcześniono).
2. Tamże, s. 344-345.
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Najnowsze komentarze