Okazja raz stracona, jest stracona na zawsze – a przynajmniej – może być. Tak właśnie było w przypadku, gdy Polska miała okazję oprzeć swoje stosunki z Ukrainą na solidnych podstawach. Chodziło o to, by Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński poświęcił się dla Polski, ożenił z piękną – wówczas – Julią Tymoszenko i w ten sposób założył dynastię. Taka dynastia mogłaby doprowadzić do unii polsko-ukraińskiej, a wtedy byłby wreszcie jakiś powód, by Polska angażowała się w wojnę na Ukrainie – oczywiście nie do ostatniego Ukraińca, ale aż do ostatecznego zwycięstwa. Tymczasem Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, nie wiedzieć czemu uważa, że to wszyscy inni powinni poświęcać się dla niego i wprawdzie podczas wizyty na Majdanie w Kijowie wznosił kabotyńskie okrzyki, że „herojam sława” – ale żeby przynajmniej raz poświęcić się dla Polski – ani pomyślał. A przecież poświecenie nie było aż takie wielkie; Julia Tymoszenko wtedy, słusznie, czy niesłusznie – uchodziła za krasawicę, co podkreślała korona z blond warkocza, stanowiąca czytelną aluzję do dynastycznych ambicji. W rezultacie nic z tych ambitnych planów nie wyszło, a puste miejsce po niedoszłej dynastii zajęli oczywiście Żydowie. Konkretnie jeden z żydowskich oligarchów z trzema paszportami: ukraińskim, cypryjskim i izraelskim Igor Kołomojski, wylansował pewnego żydowskiego młodzieńca, nazwiskiem Wołodymir Zełeński, najpierw na popularnego komika w serialu „Sługa Narodu” – a gdy pomysł chwycił – to również na prezydenta, którym jest do dnia dzisiejszego – między innymi dzięki wojnie, jaką z Ukrainą, a właściwie nie tyle z Ukrainą, co z całym Sojuszem Północnoatlantyckim prowadzi Federacja Rosyjska. Polska wychodzi nas tym, jak Zabłocki na mydle, bo 2 grudnia 2016 roku, najwyraźniej na polecenie Naszego Najważniejszego Sojusznika, parafowała z Ukrainą umowę, na podstawie której zobowiązała się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie właściwie zasobów całego państwa – co skrupulatnie wykonuje do dnia dzisiejszego. Wprawdzie wielu obywateli podnosi, że ta umowa nie została zatwierdzona przez Sejm i z tego powodu jest „nieważna” – ale – po pierwsze – kto by się przejmował jakimś tubylczym Sejmem, skoro decyzję w tej sprawie podjął Nasz Najważniejszy Sojusznik, a po drugie – co z tego, że jest „nieważna”, skoro jest wykonywana i to mimo zmiany rządu w roku 2023? Niektórzy Czytelnicy mają nawet wątpliwości, czy ta umowa w ogóle istnieje, więc wyjaśniam, że jak najbardziej. Wprawdzie przez 3 lata nie była znana opinii publicznej, ale w roku 2019, została opublikowana w „Monitorze Polskim” pod pozycją 50 i każdy chętny może sobie ją przeczytać. Teraz obywatel Tusk Donald czyni gorzkie wyrzuty panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, że na skutek zawetowania przezeń ustawy o SAFE i na skutek uporu węgierskiego premiera Wiktora Orbana, Polska nie może dostać 2 mld złotych tytułem zwrotu kosztów owej nieodpłatnej pomocy dla Ukrainy z początków wojny, ale to tylko kropla w morzu – o czym donosiłem m.in. na tych łamach. A gdyby tak Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński poświęcił się dla Polski, poślubił piękną wówczas Julię Tymoszenko i założył dynastię, to sprawy mogłyby potoczyć się zgoła inaczej i o żadnym Wołodymirze Zełeńskim nigdy byśmy nie usłyszeli. Tymczasem nie tylko o nim nieustannie słyszymy, ale w dodatku uważa on Polskę za „sługę narodu ukraińskiego”, a poza tym podobno irytuje amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, wobec którego też próbował demonstrować postawę roszczeniową, aż na oczach całego świata dostał po łapach. Na domiar złego pod jego rządami szwankuje na Ukrainie demokracja. Jak wynika z publikacji Der Onet”, która została wydrukowana na tym portalu niewątpliwie przez jakieś niedopatrzenie, Rada Najwyższa w Kijowie znajduje się w stanie niemal całkowitego rozkładu, bo deputowani jak ognia unikają pojawiania się na sesjach parlamentarnych, wskutek czego Wołodymir Zełeński zarządza tą całą Ukrainą według swego widzimisię, zaś tamtejsi oligarchowie – bo Ukraina jest oligarchią oligarchów – korzystają z wojny, jak tylko mogą – bo finansowe poparcie Zachodu dla Ukrainy stanowi dla nich prawdziwe Eldorado. Najgorzej wychodzi na tym oczywiście Polska – co zauważył nawet kandydat Naczelnika Państwa na kandydata na przyszłego premiera, pan prof. Przemysław Czarnek, który wprawdzie posłusznie deklaruje dla Ukrainy bezwarunkowe poparcie – ale w zamian doprasza się, by władze w Kijowie przynajmniej udawały, że traktują nasz nieszczęśliwy kraj po partnersku. Ale dlaczego właściwie władze w Kijowie miałyby coś wobec Polski udawać, skoro i oni wiedzą i my wiemy, że bez względu na to, co zrobią, Polska nadal będzie „sługą narodu ukraińskiego”, a umowa z 2 grudnia w2026 roku będzie w podskokach wykonywana? Żeby nadać tej sytuacji jakieś pozory racjonalności, nasi Umiłowani Przywódcy, z Księciem-Małżonkiem na czele, powtarzają, jak za panią matką bałamutną tezę ukraińskiego Sztabu Generalnego, jakoby Ukraina, „broniła Europy” przed ruskim imperializmem. Ale „Europa” 20 listopada 2010 roku z ruskim imperializmem przecież się dogadała, proklamując na szczycie NATO w Lizbonie „strategiczne partnerstwo NATO-Rosja”. To, że zostało ono przez prezydenta USA Obamę wysadzone w powietrze w roku 2014, w następstwie wyłożenia 5 mld dolarów na urządzenie w Kijowie „Majdanu”, to zupełnie inna sprawa, od której zresztą wszystko się zaczęło – z zajęciem Krymu i obecną wojną włącznie. Wszystko to pokazuje, jakie tragiczne następstwa może pociągnąć za sobą zlekceważenie okazji, jaką miał Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, a której nie wykorzystał dla Polski w przekonaniu, że to nie on dla niej, ale ona dla niego powinna się poświęcać.
Co się stało, to się już nie odstanie, więc jeśli zawracam tymi wspominkami głowę Czytelnikom „Najwyższego Czasu”, to nie gwoli jałowym rozpamiętywaniom, tylko dlatego, że oto właśnie pojawiła się kolejna okazja. Tm razem nie tyle może dla Polski, chociaż nasz nieszczęśliwy kraj tak czy owak może , ostatni list Episkopatu Polski napisany z inspiracji Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia, który w ten sposób dał upust żydofilii, na którą najwyraźniej cierpi już od dawien dawna, wywołał wśród parafian prawdziwą burzę. Jest to co prawda burza w szklance wody, bo Polacy wprawdzie chętnie przypisują sobie religijną tolerancję, dzięki której – w odróżnieniu od reszty Europy, gdzie na tle teologicznym poszczególne frakcje się mordowały i rozbijały sobie głowy – nie było tu żadnych religijnych wojen – ale nie z powodu tolerancji, tylko z powodu indyferentyzmu religijnego, w następstwie którego różnice teologiczne traktowane były raczej pobłażliwie. Znakomitą tego ilustracją jest opowiadanie „Łostaje”. Akcja toczy się na wschodnich kresach Rzeczypospolitej j zaraz po zakończeniu rosyjskiej kampanii Napoleona. Do klasztoru Bernardynów w miasteczku przybywa zakonnik, któremu gwardian powierza obowiązki kwestarza, a który w związku z tym ma objeżdżać okolicę, zbierając dary dla klasztoru. Ponieważ nowicjusz okolicy nie zna, o wszystkim informuje go furman. I kiedy tak jadą, zakonnik na horyzoncie dostrzega folwark. – Co to takiego? – A to Łostaje, tam mieszkają Tatary – powiada furman. – Mijaj – poleca zakonnik – ale oto na drodze ukazuje się właściciel Łostai, pan Amurat. – A dokąd to, księżulu – pyta. – Śpieszę do klasztoru – odpowiada zakonnik. – Kłamiesz księżulu. Widać, żeś tu nowy – powiada pan Amurat. – Twoi poprzednicy nie mijali Łostai, a my też, będąc w miasteczku, nie mijamy waszego klasztoru. Na tamtym świecie rozsądzimy się o wiarę, a tymczasem – proszę na obiad – powiada pan Amurat. Wobec takiego zaproszenia nie było rady; skręcają do folwarku. Pan Amurat daje polecenie, by kuchnia przygotowała dodatkową kopę kołdunów, a w oczekiwaniu na obiad, zabawia gościa rozmową. Wreszcie nadchodzi hora canonica, więc uprzejmy gospodarz proponuje przed obiadem po kielichu wódeczki. – Jak to – dziwi się zakonnik – u was wódeczka? – Mahomet zabronił nam wina, miłościwy księże – ale o wódeczce w Alkoranie cyt. Toteż my winu dajemy kwit, a wódeczkę i luleczkę ciągniem sobie po troszeczkę – wyjaśnia pan Amurat – jak się okazuje, pod tym względem całkowicie spolonizowany.
Wróćmy jednak do wspomnianej okazji. Otóż w Anglii arcybiskupem Canterbury, a więc zwierzchnikiem Kościoła Anglikańskiego, została niedawno pewna 63-letnia dama, ongiś pielęgniarka onkologiczna, pani Sara Mullally. Popiera ona „błogosławienie” jednopłciowych par, popiera aborcję, słowem – jest postępowa w każdym calu. I to właśnie jest ta okazja, o której wspomniałem. Rzecz w tym, że też całkiem niedawno Episkopat Polski wystosował do parafian List Pasterski, który wywołał burzę w szklance wody. Wydaje się, iż najważniejszą przyczyną jest zdanie, że „przez półtora tysiąca lat treści te (tzn. prezentowanie Żydów, jako odrzuconych, albo przeklętych – SM), obecne w katolickim nauczaniu i błędnej interpretacji Pisma Świętego, kształtowały postawy chrześcijan, przyczyniając się do nienawiści, prześladowań i manifestacji antysemityzmu”. Wynika z tego zdania, że przez ostatnie półtora tysiąca lat, Kościół katolicki się mylił, przynajmniej w tej kwestii. Półtora tysiąca lat, to całkiem sporo – ale nie o to nawet chodzi. Rzecz w tym, że jeśli w kwestii żydowskiej Kościół katolicki tak długo i uporczywie się mylił, to skąd możemy mieć pewność, że nie mylił się też w innych sprawach? Takie pewności nie tylko nie mamy, ale odtąd już nieć nie możemy. Co więcej – skoro Kościół tak długo mylił się w tej sprawie, to skąd możemy czerpać pewność, że nie myli się teraz? Tej pewności nie mamy i nie odzyskamy jej już nigdy. Wygląda zatem na to, że w pragnieniu podlizania się Żydom Episkopat Polski właśnie strzelił sobie w kolano. Bo Kościół – o czym wielokrotnie mówiłem – jest ludziom potrzebny o tyle, o ile dostarcza im pewności. Jeśli przestaje dostarczać im pewności, a zaczyna dostarczać im wątpliwości i rozterek, to przestaje być potrzebny, bo wątpliwości i rozterek ludzie mają dosyć i bez Kościoła.
Jak zapewnia ks. prof. Waldemar Chrostowski, wspomniany List Pasterski był podczas Konferencji Episkopatu Polski „głosowany”. Nie wiem, czy został przyjęty jednogłośnie, czy też jacyś biskupi głosowali przeciwko – bo pod Listem nie podpisał się ani jeden, chociaż skądinąd wiadomo, że inspiracja wyszła od Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia, znanego ze swojej żydofilii. Ale zarówno to, że żaden z Ich Ekscelencji pod tym listem się nie podpisał, ani to, że żaden z tych, którzy ewentualnie – o ile coś takiego miało miejsce – głosowali przeciwko, go publicznie nie skrytykował, nie wystawia Ich Ekscelencjom zbyt dobrego świadectwa. Również i to, że wobec protestów, które on wzbudził, Księża Biskupi zachowują milczenie, też nie wystawia im zbyt dobrego świadectwa. To milczenie świadczy o tym, iż stawiają oni na przeczekanie, w nadziei, że parafianie szybko o tym Liście zapomną i znowu będzie można spokojnie wypić i zakąsić To jest możliwe, bo – jak wspomniałem – w sprawach teologicznych panuje u nas zorientowany obyczajowo indyferentyzm, który doskonale wyraża wielkanocny wierszyk z czasów, bodajże jeszcze saskich: „Ukrajemy szyneczki, umaczamy w chrzanie. Jakżeś dobrze uczynił, żeś zmartwychwstał, Panie.”
Ale, ale – cóż to za okazja, o której tu od początku wspominam? Otóż w związku z nominacją pani Sary Mullally na arcybiskupa Canterbury, pojawiła się okazja, by Jego Eminencja Grzegorz kardynał Ryś oświadczył się jej o jej rękę. Gdyby oświadczyny zostały przyjęte – a teologicznych przeszkód chyba nie ma, a gdyby nawet się pojawiły, to przecież w imię nieubłaganego postępu można by je przezwyciężyć – to dzięki temu zarówno Kościół katolicki, jak i Kościół Anglikański, jednym susem wykonałyby olbrzymi krok naprzód na drodze ekumenizmu, załatwiając niejako przy okazji drażliwą kwestię celibatu, no i oczywiście – sodomczyków, których można by odtąd „błogosławić” w skali masowej. Pewne wątpliwości mogłyby pojawić się w kwestii aborcji, ale jestem pewien, że sprawni teologowie jakoś by to wszystko parafianom wyperswadowali. Czy w obliczu takiej świetlanej przyszłości nie warto wykorzystać tej okazji, która – raz stracona – znowu może być stracona, jeśli nie na zawsze, to na długo?
Stanisław Michalkiewicz

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy Czas!”. Źródło: michalkiewicz.pl
Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Najnowsze komentarze