…czyli ostatni zajazd na sierrze. Rok 2026 zaczął się dla świata zaskakująco. Amerykańskie władze porwały socjalistycznego prezydenta Wenezueli, Nicolása Maduro. Nie „aresztowały”, tylko porwały. I żądają oddania im wenezuelskich zasobów ropy naftowej.
W Polsce na uprowadzenie Maduro najgłośniej zareagowali atlantyści, z PiS i innych grup: budzącą niesmak euforią, w której przypływie puściły im nie tylko hamulce, ale zgoła zwieracze. Poza orgią zachwytów nad porwaniem Maduro i domaganiem się, by teraz Donald amerykański przysłał komandosów po Donalda polskiego, amerykanofile nie żałowali sobie pogróżek pod adresem – mniej lub bardziej trafnie identyfikowanych – środowisk prorosyjskich. Dając do zrozumienia, że historia jest po ich stronie, że Stany Zjednoczone to największa potęga na świecie i że Ameryka nakopie każdemu, kogo nie lubią, a ich, atlantystów, obdarzy łaską za wierność.
Ameryka nie jest największą potęgą świata, która rozprawi się z każdym, z kim będzie chciała. A przynajmniej z ostatnich wydarzeń w Wenezueli nie wynika taki wniosek. Przypomnijmy sobie historię użycia amerykańskich helikopterów z komandosami, bo wcale nie wywołuje ona wrażenia, iż każdy, kto stał się solą w oku Waszyngtonu nie zna dnia ani godziny.
Po rewolucji islamskiej w Iranie jesienią 1979 r. szyiccy bojówkarze wzięli do niewoli personel ambasady Stanów Zjednoczonych w Teheranie. Wiosną 1980 r. amerykańska armia wysłała komandosów w helikopterach z zadaniem ich odbicia. Nic z tego nie wyszło, gdyż złe warunki pogodowe zmusiły komandosów do rejterady, a wcześniej do awaryjnego lądowania i porzucenia helikopterów, które przechwyciła irańska armia. Podczas odwrotu jeden z helikopterów zderzył się samolotem sił powietrznych USA i kilku amerykańskich żołnierzy zginęło.
Podczas swojej „misji stabilizacyjnej” w Somalii Amerykanie próbowali schwytać organizującego przeciw nim opór przywódcę Somalijczyków, generała Aidida. 3 października 1993 r. wysłali helikoptery z komandosami do południowej części miasta Mogadiszu, na terytorium kontrolowane przez milicje Aidida, z rozkazem porwania dwóch współpracowników generała, aby dzięki ich zeznaniom móc odnaleźć jego samego. Miała to być szybko przeprowadzona, chirurgiczna operacja. Skończyła się jednak piętnastogodzinną bitwą, w której Amerykanie wprawdzie zabili około tysiąca Somalijczyków, ale sami ponieśli największe straty w ludziach od czasu wojny w Wietnamie. Celów nie ujęto, natomiast szok wywołany zdjęciami ciał zabitych amerykańskich żołnierzy wleczonych po ulicach Mogadiszu skłonił prezydenta Clintona do wycofania wojsk z Somalii.
I wreszcie w 2011 r. amerykańska armia wysłała do Pakistanu helikoptery, z których wyskoczyli komandosi i zabili ukrywającego się w tym kraju Usamę ibn Ladina, w Polsce wskutek językowego niechlujstwa anglosaskich mediów znanego jako Osama bin Laden. Amerykanie bardzo chełpili się tym oszałamiającym sukcesem; natychmiast rozkręcili wokół swojej akcji hałaśliwą propagandę. Dopiero po pewnym czasie przyznali, że została ona przeprowadzona za wiedzą i przy współdziałaniu władz Pakistanu. Innymi słowy, nie powiodłaby się, gdyby nie zgoda i pomoc samych Pakistańczyków.
To samo można powiedzieć o ostatnim incydencie w Wenezueli. Jest nieprawdopodobne, by Amerykanie zdołali porwać prezydenta tego państwa z jego terytorium bez wsparcia ze strony czynników wewnętrznych. Przez trzynaście lat swoich rządów Nicolás Maduro na pewno narobił sobie w kraju niejednego wroga. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa Waszyngton porozumiał się potajemnie z wenezuelskim obozem władzy lub jakąś jego liczącą się frakcją i zaoferował nieznane nam na razie korzyści za „wystawienie” mu głowy państwa. Wyjaśnienie to nie kłóci się z faktem, że amerykańscy żołnierze podczas ataku zabili wielu funkcjonariuszy ochrony prezydenta – informację tę można uznać za prawdziwą. Jeżeli, jak twierdzę, Amerykanie porwali Maduro za cichym porozumieniem z innymi czynnikami władzy w Wenezueli, wydaje się wątpliwe, by udało im się przekupić czy przekabacić akurat jego ochroniarzy. Wenezuelski prezydent z pewnością dobierał swoją ochronę spośród ludzi najbardziej lojalnych wobec siebie osobiście, bo tak postępuje każdy przywódca, zwłaszcza sprawujący rządy w stylu autorytarnym. Bez pomocy z wewnątrz rajd amerykańskich helikopterów nie zostałby podjęty lub skończyłby się jak w Iranie czy w Somalii.
Podsumowując, nie byliśmy świadkami żadnego „obalenia komunizmu” przez Stany Zjednoczone, lecz przede wszystkim rozgrywki we władzach Wenezueli, gdzie system polityczny pozostaje niezmieniony (i nie ma nic wspólnego z komunizmem). Polscy atlantyści mogliby sami dojść do tego wniosku, gdyby zechcieli się chwilę zastanowić, zamiast roztaczać sami przed sobą wizję amerykańskiej wszechpotęgi albo grozić swoim urojonym bądź rzeczywistym przeciwnikom komandosami w helikopterach.
Adam Danek

Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Najnowsze komentarze