Od pewnego czasu prawica z rosnącym zachwytem zerka na Leszka Millera. Chwali się jego komentarze a to o imigrantach, a to o lewicy, a to o UPA, Wołyniu, Ukrainie. No cóż, komentowanie w Internecie z natury jest żywiołem przede wszystkim osób zbyt młodych i rozkojarzonych, by znać właściwe dokonania autora tych wypowiedzi, ale do aplauzu przyłączają się również ludzie starsi, którzy powinni o nich wiedzieć. Na użytek jednych i drugich chciałbym przypomnieć, kim w istocie jest Leszek Miller.
Kiedy Miller rządził, chodziłem do szkoły średniej. Za rządów SLD część prawicowych publicystów rozgłaszała teorię, jakoby konflikt między premierem Millerem a prezydentem Kwaśniewskim miał źródło w fakcie, że „Kwaśniewski jest z żydów, a Miller z chamów”. Sugerowali w ten sposób, iż Kwaśniewski wywodzi się z bardziej liberalnego, inteligenckiego, reformistycznego, prozachodniego skrzydła PZPR, zdominowanego przez działaczy o żydowskich korzeniach, zaś Miller ze skrzydła bardziej plebejskiego, zachowawczego, antysemickiego. Były to wierutne bzdury.
Teorię „żydów” i „chamów” jako pierwszy wysunął Witold Jedlicki. Przedstawił ją w artykule „Chamy i żydy”, opublikowanym na łamach paryskiej „Kultury” w grudniu 1962 r., krótko po tym, jak jego autor wyemigrował z Polski do Izraela. Ujęcie Jedlickiego było później krytykowane, bo choć sformułował szereg ciekawych obserwacji dotyczących roli, jaką odgrywały frakcje „puławian” i „natolińczyków” w ówczesnym systemie politycznym PRL, to pod niejednym względem błędnie scharakteryzował obie grupy, m. in. utrwalając pogląd o żydostwie jako kryterium demarkacyjnym między nimi.
Można zaryzykować stwierdzenie, że około 1956 r. natolińczycy tworzyli „narodowo-bolszewickie” skrzydło Partii, potem wyparte przez stojących na nieco innych ideowych pozycjach „partyzantów” skupionych wokół Mieczysława Moczara. Wojciech Jaruzelski po przejęciu władzy ostatecznie rozbił „narodowo-bolszewicką” frakcję PZPR, która w latach 1980-1981 reaktywowała się w odpowiedzi na „Solidarność”, a której najbardziej znanymi reprezentantami byli wtedy Stefan Olszowski, Mieczysław Jagielski, Tadeusz Grabski, Andrzej Żabiński czy Stanisław Kociołek. Miller w tym kręgu politycznym nie działał. Wraz z Kwaśniewskim wszedł natomiast w skład schyłkowej, „technokratycznej” (eufemizm dla bezideowości) ekipy PZPR, jaka pod przywództwem Jaruzelskiego dokonała w 1989 r. demontażu PRL oraz oddała Polskę pod zarząd Balcerowicza i Sorosa.
W latach 1997-2001 Miller był przewodniczącym największego opozycyjnego klubu parlamentarnego – Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Krytykował wówczas „neoliberalne” posunięcia rządu Jerzego Buzka, w którym stanowisko wicepremiera odpowiedzialnego za politykę gospodarczą zajmował Leszek Balcerowicz. Następnie role się odwróciły: gabinet Millera należał do najbardziej liberalnych ekonomicznie rządów Polski po 1989 r., obok rządów PiS w latach 2005-2007, kiedy wicepremierem odpowiedzialnym za politykę gospodarczą była, podebrana z Platformy Obywatelskiej, Zyta Gilowska.
Rząd Millera podjął i przeforsował jedną z najbardziej tragicznych w skutkach decyzji w dziejach III Rzeczypospolitej: wprowadził Polskę do Unii Europejskiej. Miller dążył do przyspieszenia akcesji, zapewne chcąc, by to jemu przypadła sława przywódcy, który uzyskał dla Polski członkostwo w Unii (i cóż dzisiaj zostało z tej sławy?). Gdy został premierem, głównym negocjatorem reprezentującym stronę polską w rozmowach akcesyjnych był Jan Kułakowski, mianowany jeszcze w 1998 r. przez rząd Buzka. Kułakowski mimo wszystko prowadził jeszcze prawdziwe negocjacje i stawiał Unii jakieś warunki. Miller odwołał go i zastąpił spolegliwym Janem Truszczyńskim, poprzez którego sam ręcznie sterował procesem negocjacji, sprowadzając go do posłusznego akceptowania wszystkich żądań Unii, byle tylko Polska jak najszybciej została przyjęta.
Rząd Millera, choć lewicowy i „postkomunistyczny”, zabiegał o poparcie akcesji przez hierarchów polskiego Kościoła, ponieważ potrzebował go do celów propagandowych – obawiano się, że bez dołączenia Kościoła do agitacji za Unią, a tym bardziej przy jego sprzeciwie, referendum akcesyjne może dać wynik niezgodny z planami rządu. Poparcie to gabinet Millera uzyskał, oferując w zamian stronie kościelnej różne korzyści. Tak zaczęło się przekupywanie Kościoła przez kolejne polskie rządy na bieżący użytek polityczny. Praktyka ta osiągnęła szczyt w czasach tzw. „dobrej zmiany”, kiedy – jak się mówi – partia Kaczyńskiego, oferując Kościołowi korzyści majątkowe, nakłoniła episkopat do potępienia projektu ustawy przewidującego kary dla kobiet, które dokonają aborcji, bo projekt ten przysparzał akurat wizerunkowych problemów rządowi PiS.
Do pierwszych istotnych decyzji podjętych przez gabinet Millera po przejęciu władzy należało wysłanie polskiej armii jako sił okupacyjnych do Afganistanu po dokonaniu przez Stany Zjednoczone inwazji na ten kraj. W rok potem polskie wojsko zostało użyte jako element sił najezdniczych w amerykańskiej agresji na Irak, nieautoryzowanej nie tylko przez ONZ, ale nawet przez NATO (podobnie jak wcześniej napaść na Afganistan). Lata później, a szereg lat wstecz od dzisiaj ujawniono, iż wśród pierwszych oddziałów najeźdźcy, które w 2003 r. postawiły stopę na irackiej ziemi, byli komandosi z jednostki GROM. Polski mundur został w ten sposób splamiony hańbą, jaka długo się nie zmyje. Odpowiada za to ówczesny premier, Leszek Miller.
Rząd Millera wydał zgodę na uruchomienie w ośrodku polskiego wywiadu w Starych Kiejkutach tajnego więzienia CIA, gdzie mogła ona maltretować swoje porwane ofiary, ponieważ z ostrożności procesowej nie chciała tego robić na żadnym terytorium kontrolowanym przez Stany Zjednoczone. Tak państwo polskie po raz kolejny sprostytuowano Ameryce. Wiadomo, że więzienie CIA działało w latach 2002-2003, choć władze państwowe zaprzeczały jego istnieniu nie tylko za rządów SLD, ale również w następnych latach, za rządów PiS i Donalda Tuska. Stanisław Michalkiewicz określił dowcipnie krąg polityków zaangażowanych w kolaborację z tajnymi służbami USA mianem starych kiejkutów. Do najważniejszych starych kiejkutów należał Leszek Miller.
Lepiej więc nie zapominać o wyliczonych tu faktach, zamiast zachwycać się internetowymi komentarzami bohatera niniejszego tekstu. Wracam do określeń użytych w tytule: czyny mówią głośniej niż słowa – Miller nie jest konserwatywny, nie jest też socjalistą. Ostatnio poświęca sporo czasu na krytykowanie na różne sposoby Włodzimierza Czarzastego. Wszyscy wiemy, że właściwym tego powodem są personalne animozje między oboma politykami. Kapuściana prawica prawie czterdzieści lat po upadku PRL uporczywie wymyśla Czarzastemu od „starych komuchów”, zwłaszcza odkąd został marszałkiem sejmu. Jednocześnie ta sama kapuściana prawica radośnie przytakuje atakującym Czarzastego wypowiedziom autorstwa innego „starego komucha”.
Adam Danek
Zdjęcie: Wikimedia Commons

Błąd, grupa nie istnieje! Sprawdź składnię! (ID: 9)







Znakomity tekst!!!
CYTAT: „czyny mówią głośniej niż słowa – Miller nie jest konserwatywny, nie jest też socjalistą.”
Lepiej tego podsumować nie można było.
Aparatczyk-karierowicz, premier realizujący neoliberalną politykę ekonomiczną, odpowiedzialny za akcesję Polski do UE, oraz wysłanie wojska na amerykańskie wojny.
A to tylko niektóre z jego podłych czynów.