life on top s01e01 sister act hd full episode https://anyxvideos.com xxx school girls porno fututa de nu hot sexo con https://www.xnxxflex.com rani hot bangali heroine xvideos-in.com sex cinema bhavana

Droga żelaznej dyscypliny – wywiad z Juliusem Evolą

Promuj nasz portal - udostępnij wpis!

Poniższy wywiad,  jeden z trzech danych przez Juliusa Evolę podczas całego jego życia, został przeprowadzony i opublikowany przez włoskie pismo Ordine Nuovo w 1964 roku.

***

W związku z twoimi ostatnimi pracami, zwłaszcza zaś z „Cavalcare La Tigre”, niektóre osoby mówią o „neo-evolianizmie”, który miałby zachęcać do nihilizmu, eskapizmu, i wyrzeczenia się wszelkiej pozytywnej działalności w obecnym świecie, co wywołało pewne zakłopotanie pośród niektórych z tych, którzy jak dotąd podążali za twoimi dziełami. Czy mógłbyś rozjaśnić swoje stanowisko w tej kwestii?

Julius Evola: Nie przeczę, że książka, o którą pytasz, nie mogła nie wyciągnąć nieuniknionych wniosków z negatywnego bilansu sił, który staje się dzisiejszymi czasy coraz bardziej widoczny. Niemniej jednak trzeba pamiętać, że jest ona kierowana do bardzo szczególnego typu człowieka i że dotyczy przede wszystkim zagadnienia wewnętrznego życia, etyki, którą jednostka musi się kierować w czasach rozkładu.

Niektórzy mówią o tej książce jako o „podręczniku prawicowego anarchisty” i do pewnego stopnia określenie to jest poprawne. Moje twierdzenie, że nie istnieje dzisiaj żaden system polityczny, żadna formacja ani partia, która by w ogóle warta była poświęcenia i że wszystko to, co istnieje musi być zanegowane, wprawiło wielu w zakłopotanie. Jednakże, to wyparcie się i brak zaangażowania nie wywodzi się z braku zasad, lecz z tychże posiadania, zasad precyzyjnych, solidnych i nie podatnych kompromisowi. Nie jest to również jedyny aspekt, pod którym różnię się od nihilistycznego anarchizmu „młodych gniewnych”, pokolenia mniej lub bardziej przegranego, bitników, hipisów i im podobnych, których bunt nie jest oparty na niczym pozytywnym. W życiu dzisiejszym odpowiednie dla wielu może być wycofanie się w celu zajęcia pozycji na bardziej wewnętrznej rubieży okopów, tak aby to, przeciwko czemu nic nie możemy uczynić, nie mogło uczynić niczego przeciwko nam. Niemniej jednak, książka ta nie zachęca czytelników, by sobie „odpuścili”, wręcz przeciwnie: zarysowana jest w niej ścisła dyscyplina życia doprowadzonego do swego najwyższego punktu.

Na tej wewnętrznej, duchowej płaszczyźnie jednostki, potrzebne jest przeciwieństwo braku zaangażowania. Chciałbym zwrócić uwagę na to, że przed myśleniem o zewnętrznej akcji, dyktowanej często chwilowym entuzjazmem, człowiek powinien myśleć o uformowaniu samego siebie, akcji wymierzonej w samego siebie, przeciwko temu wszystkiemu, co jest bezkształtne, zmienne, lub ograniczone. W książce tej przywołałem, to prawda, formułę apolitei. Słowo to przejąłem od stoików. Teraz, trzeba sobie przypomnieć, że owa zasada oddzielenia od politycznego świata, która w czasach stoików zaczynała już nieodparcie zanikać, miała dla nich podwójne znaczenie: wierności idealnemu Państwu, stojącemu ponad tym zależnym od ludzi i czasu, oraz, dokładnie rzecz biorąc, ścisłej osobistej etyki. To dlatego stoicyzm w Rzymie doszedł, w końcu, do ożywienia tego, co pozostało z tradycyjnego patrycjatu.

Trzeba więc zwrócić uwagę na szczególny poziom rozpatrywanych w tej książce zagadnień, a nadto uświadomić sobie, że nie każda jednostka może oczekiwać utożsamienia się ze szczególnym typem współczesnego człowieka, do którego jest ona kierowana. Na pierwszych stronach wskazałem również, że jeżeli istnieją dzisiaj, poza omawianym typem, ludzie skłonni mimo wszystko walczyć, nawet na straconych pozycjach, jestem wobec nich równie zobowiązany. Chcę tylko realizmu, jasności.

W twej ostatniej pracy „Il Cammino del Cinabro” zauważyć można pewne negatywne uwagi odnośnie włoskich kręgów, w związku z przebudzeniem tradycyjnych studiów. Znane są jednakże różne grupy, nie bacząc na ich polityczne kwalifikacje, które twierdzą, że stoją w jednym szeregu z tradycjonalistycznym punktem widzenia. Wiedząc, tak jak ty, o istnieniu takich grup, czy nie uważasz, że mogłyby być one na różny sposób użyteczne, jeśli tylko zwrócić uwagę młodych ludzi na tradycyjne prawdy, które są dzisiejszymi czasy wypierane?

Jeszcze w „Cavalcare la Tigre”, obok mojego uznania dla tych, którzy przez swoje powołanie zamierzają walczyć, ponieważ nic innego nie mogą robić, jest moje uznanie dla tych, którzy osiągają je na płaszczyźnie idei, tradycyjnej wizji świata.

Jeśli chodzi o tradycyjne grupy, o których mówisz, i o których wiem, nie można nie mieć zastrzeżeń. Liczba prawdziwie kompetentnych elementów jest niska. Muszę przyznać, że podczas swej długiej działalności nie zdołałem utworzyć we Włoszech prawdziwego nurtu kulturowego, w najpełniejszym jego sensie: mam na myśli nie ludzi młodych, którzy przyciągani są chwilowo przez idee, które ja i inni tradycyjnie zorientowani autorzy upubliczniliśmy, lecz autentycznych badaczy, systematycznie rozwijających te idee i wykładających je w szczegółowych pracach, monograficznych studiach, w ramach rozpowszechnionego świata działalności kształceniowej i pisarskiej. Moja sympatia wobec niektórych z tych grup, które wspomniałeś i uznanie przeze mnie wartości tego, co wziąwszy pod uwagę umysłowe, kulturowe i materialne możliwości, robią, nie może powstrzymać mnie przed niezbyt optymistyczną oceną ogólnej sytuacji.

Trzeba jednakże powiedzieć więcej, i muszę tutaj mówić szczerze. Odnotować należy rozwinięty indywidualizm z jednej, oraz stan zamieszania z drugiej strony. Małe grupy formują się i, często po krótkim czasie, zanikają, rozpadają się i dzielą, każda z nich zazdrosna o swój własny mały krąg wpływów, zamiast czuć potrzebę jedności sił i starań oraz surowej dyscypliny. I któż w rzeczywistości utrzymał tak obiecujące pozycje z czasów mojego powrotu do Włoch? Muszę przyznać, nie z powodu rozmowy z tobą, lecz zupełnie obiektywnie, że jeśli chodzi o ogólną doktrynalną orientację (tym samym odkładając całkowicie na bok jej inicjatywy i taktykę na płaszczyźnie zmagań politycznych), ze wszystkich elementów tamtych czasów na wspomnianych pozycjach ostała się jedynie grupa Ordine Nuovo. Wyglądać by to mogło na schlebianie Ordine Nuovo. Nie ma jednak powodów do samosatysfakcji, gdy rozpatrzy się łączny bilans tego, co jest do zrobienia.

Jeśli zaś chodzi o odstępstwa od naszych pierwotnych poglądów, prócz tych, którzy z powodu pewnych pisarskich zdolności stali się mniej lub bardziej skomercjalizowani przez odejście od grup, o których mówiłeś, a których wkład w powyższe byłby w innym przypadku użyteczny, musimy odnieść się, pośród innych rzeczy, do zjawiska katolickiego przewrotu tej czy innej małej tradycjonalistycznej grupy: właśnie dziś, gdy katolicyzm całkowicie odstępuje od wszelkich prawdziwie tradycyjnych wartości! Byłbym dzisiaj nadzwyczaj ostrożny, by nie odsyłać czytelników do tego, co napisałem w swej młodzieńczej pracy „Imperialismo Pagano” w ściśle określonych okolicznościach tamtych czasów. Nie zachęcałbym do jakiegokolwiek ordynarnego antykatolicyzmu czy domorosłego „pogaństwa”. Jednakże trzeba zwrócić uwagę na to, co wielokrotnie wykazywałem – iż bycie katolickim tradycjonalistą oznacza bycie tradycjonalistą jedynie połowicznym i że infantylnym jest upieranie się przy ewentualnych tradycyjnych wartościach katolicyzmu w sytuacji, gdy w katolickich hierarchiach – jedynym miejscu gdzie powstać może jakiekolwiek efektywne działanie – wartości te nie są uznawane.

Jeśli chodzi o anarchistyczny indywidualizm, zachowując ostrożność, by go nie przeszacować, istnieje przypadek małej grupy Guenonianów „ścisłej reguły” z Turynu, którzy od jakiegoś już czasu nie mogą znaleźć lepszego sposobu na owego czasu zużycie niż angażowanie się, w niedawno publikowanej recenzji, w krytycyzm moich książek, który jest tak niejasny jak oni pretensjonalni, zamiast uznać możliwość wspólnego frontu wykraczającego poza wszelkie, mogące istnieć między nami, pomniejsze różnice zdań. W szerszym kontekście, trzeba zwrócić uwagę na czołowy organ opozycji, która chciałaby myśleć o sobie jako o prawicowej, jak również na znaczącą grupę kulturową, która również chciałaby udawać pewien tradycjonalizm, z których obydwie honorują mnie ostracyzmem nie mniej wymownym, niż ten lewicowych kręgów dziennikarskich i kulturowych. Podkreślam, że czynnik osobisty nie ma tutaj żadnego udziału. Wciąż ma to jednak znaczenie obiektywnego objawu obecnego stanu rzeczy we Włoszech.

Według niektórych osób, w twojej najnowszej książce odnaleźć można silny sceptycyzm dotyczący użyteczności wszelkiej „tradycyjnej walki”, która mogłaby być prowadzona dzisiejszymi czasy na płaszczyźnie politycznej. Czy nie uważasz, że takie podejście może spowodować zamieszanie i zniechęcenie w tych grupach i osobach, które chcą, jakimikolwiek środkami i we wszelkich okolicznościach, opierać swą polityczną i kulturową działalność na tradycyjnych ideach? Czy mógłbyś, proszę, wyjaśnić dokładne kategorie tego tzw. sceptycyzmu i, jeśli nie został on poprawnie zinterpretowany, wskazać wytyczne, według których należałoby postępować oraz metody, których należałoby użyć, w twojej opinii, w jakiejkolwiek politycznej inicjatywie włoskich grup tradycjonalistycznych?

Dobry wojownik robi to, „co jest do zrobienia” i nie kłopocze się żadnym sceptycyzmem. Jeśli zaś chodzi o resztę, nie mogę nie zauważyć, że mówisz tak, jakby we Włoszech istniało coś, co w rzeczywistości nie istnieje. Gdzie są te tradycyjne siły, którym prosisz mnie abym podał polityczne wytyczne? Odkładając na bok działalność kulturową i uznanie, o którym już mówiliśmy, nie widzimy dzisiaj we Włoszech, nie mówię, że tradycyjnego frontu jako konkretnej i potwierdzonej siły, lecz nawet formacji ogólnie prawicowej. Istnieją jednostki i grupy o „narodowej” orientacji, które zgodzić się mogą w najlepszym wypadku co do tego, czego nie chcą, zwłaszcza jeśli chodzi o zmagania przeciwko radykalnym formom socjalistycznej i komunistycznej działalności wywrotowej, jest jednak mało prawdopodobne by zostały one pozyskane przez prawdziwie tradycyjne idee. Nie widzę żadnych grup, wyposażonych w jakąkolwiek władzę, za pomocą której można by podjąć się we Włoszech „tradycyjnych” inicjatyw politycznych. W swojej książce odwołuję się do porażki niektórych inicjatyw wcześniej przeze mnie wspieranych. Biorąc pod uwagę niekompetencję istniejących grup politycznych, która, jak wiadomo, często zmuszała uzdolnione elementy do wystąpienia z tychże, oraz że to, co byłoby pożądane nie nastąpiło, to znaczy nie powstała partia polityczna jako zwykła siła manewrowa dzisiejszych czasów, jednakże całkowicie zdyscyplinowana i podległa nadrzędnej grupie, posiadającej ścisłą wewnętrzną doktrynę nie do afiszowania w codziennych zmaganiach politycznych – biorąc to wszystko pod uwagę, jedynymi możliwościami wydają mi się te bardziej rozproszonej działalności: pozyskać i wpływać przez bezpośredni kontakt na jednostki, utrzymując o ile to możliwe stanowiska dowodzenia nie tyle w świecie politycznych intryg, ile w wojsku, biurokracji i biznesie.

Działalność pośród młodzieży jest również istotna, w celu ograniczenia uścisku, w którym trzymają ją szkodliwe wpływy. Użyteczne byłoby również zbadanie, co można by przygotować w obliczu sytuacji nadzwyczajnej, choć środki ku temu prawie że nie istnieją, istnieje zaś ogromna liczba przeszkód. Niemniej jednak, dotyczy to nie tyle płaszczyzny idei i tradycyjnej odbudowy, ile obrony, którą nazwałbym wręcz fizyczną, przeciwko rosnącemu zagrożeniu, którego dokładna natura pozostaje ważną kwestią do wyjaśnienia.

Cały ten temat jest jednak, co oczywiste, poza moim zakresem wiedzy. Mimo wszystko wydaje się, że można coś zrobić w tej dziedzinie. Moja książka „Gli Uomini e le Rovine” jest daleka od temu przeczenia. Ten, kto żąda orientacji dla nowego porządku i odpowiedzi na pytanie, czy pewnego dnia mógłby się on utwierdzić, lub jak miałby być do tego przygotowany, może zawsze odwołać się do tego, co tam przedstawiłem, bez rozproszenia swej uwagi przez równie problematyczne dziedziny, które omawiam w innych książkach.

W przedmowie do „Il Cammino del Cinabro” wydawca Scheiwiller pisze, że książka ta została obmyślona tak, jakby miała być wydana pośmiertnie, zaś ty sam mówisz w zakończeniu o chwili obecnej jako o „nieruchomej”, gdyż nic lub prawie nic nie zmusi cię do jakiegokolwiek dalszego zaangażowania. Czy to oznacza, że nie podejmiesz kolejnych prac i że uznajesz swą działalność za skończoną?

Właściwie rzecz biorąc, to ja sam napisałem we wspomnianej książce, że opracowałem ją dla tych, którzy, w hipotetycznej przyszłości, chcieliby ocenić całą moją działalność za jednym spojrzeniem, podporządkowując ją formie rozważań dość różnej od tej, która byłaby jej dana w zwykłej kulturze, zwłaszcza we Włoszech. Powiedziałem jednak również, że książka ta może oferować użyteczną nić prowadzącą do odnalezienia drogi w bardzo różnych etapach mojej działalności i w rozpoznaniu jej głównego i zasadniczego toru. To dlatego nie miałem nic przeciwko wydaniu tej książki teraz.

Jeśli zaś chodzi o „nieruchomą chwilę”, to racja. Niemniej jednak, brak ruchu niekoniecznie oznacza koniec. Co się tyczy książek, zwłaszcza jeśli chodzi o rozjaśnienie innych aspektów lub doktryn świata Tradycji, możliwe że pojawią się kolejne tematy; poza tym, nie wiem w jaki inny sposób mógłbym wykorzystać większość czasu, który mam do swej dyspozycji. Jeśli chodzi o resztę, moje „zaangażowanie” w inne formy czynu, to nie zależy to ode mnie: musiałoby się pojawić coś naprawdę wartościowego, musiałbym się czuć potrzebny. Wtedy z pewnością nie zabrakłoby mnie przy odczytywaniu listy obecności. Muszę jednak jasno powiedzieć, że nie mam tu na myśli niewielkich inicjatyw, zbiorowiska małych, nieokiełznanych i kruchych grup, jakiekolwiek by nie były ich chęci czy zamiary: w dalszej kolei czasu naraziłoby to tylko na szwank resztę mojego autorytetu i dostarczyłoby kolejnych pretekstów tym, którzy wszelkimi środkami próbują mnie zdyskredytować. Niech zjednoczone zgrupowanie, zorganizowane żelazną, bezosobową, pruską dyscypliną nabierze kształtu, niech zaistnieją poważne kręgi tak odpowiedzialne jak te, w których niegdyś przemawiałem do instruktorów Milice w Rzymie, do przywódców SS w Berlinie i które stanowczo trzymają się swych zobowiązań, a zobaczysz mnie bezwarunkowo odpowiadającego, na tyle, na ile pozwala moja fizyczna niepełnosprawność. Rzecz jasna, jeśli w tego typu zgrupowaniu zaistniałby przywódca, w którym rozpoznałbym wyższy autorytet, nie zawahałbym się mu podporządkować. To wszystko, jednakże, dzisiaj nie istnieje, ja zaś nie mogę rozpocząć tworzenia tego z niczego. Te trudności poznaje się, doświadczając ich w próbach osiągnięcia znacznie mniejszych celów. Moja obecna postawa jest przeto postawą neutralności, nie wykluczającą warunkowej dostępności.

evolajulius

Źródło

Wszystkim zainteresowanym tematyką tradycjonalizmu integralnego polecamy egzemplarze pisma „Reakcjonista” – pisaliśmy o nim TUTAJ. Niestety pozostaje już tylko „rynek wtórny”, gdyż nowe numery już się nie pojawiają. Świetnym źródłem jest również portal Tradycjonalizm.net – odnośniki do obu inicjatyw znajdują się w naszym katalogu wartych odwiedzenia stron – TUTAJ.


Promuj nasz portal - udostępnij wpis!
Podoba Ci się nasza inicjatywa?
Wesprzyj portal finansowo! Nie musisz wypełniać blankietów i chodzić na pocztę! Wszystko zrobisz w ciągu 3 minut ze swoje internetowego konta bankowego. Przeczytaj nasz apel i zobacz dlaczego potrzebujemy Twojego wsparcia: APEL O WSPARCIE PORTALU.

Tagi: , ,

Podobne wpisy:

Subscribe to Comments RSS Feed in this post

Jeden komentarz

  1. Najlepszy rys biograficzny Evoli w języku polskim autorstwa prof. Jacka Bartyzela:
    https://www.nacjonalista.pl/2012/07/24/prof-jacek-bartyzel-julius-evola/

Odpowiedz na Thule Anuluj odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*