Adam Doboszyński: Gilbert Keith Chesterton – wróg plutokracji

„Nigdy nie brałem poważnie mych książek, ale poglądy moje biorę zupełnie poważnie” — napisał Chesterton. Z takiej postawy płynęło dużo nieporozumień miedzy czytelnikiem a pisarzem. Czytelnik katolicki przyzwyczajony był, że odwieczna naukę katolicka podawano mu w formie szczególnie ciężkiej, pompatycznej i nudnej, ale za to łopata w głowę. Chesterton poglądy swoje ubrał w barok lśniących paradoksów i dzięki temu zwyciężył tylko u najinteligentniejszych, których nie bywa wielu. Był pisarzem elity i nie zniżył się do tłumu. Nawet z chwila, gdy się nawrócił na katolicyzm i zaczął, piórem głosić Ewangelie, dopatrywano się w tym pozy lub paradoksu.

W swej autobiografii, z której wyjmuje wszystkie cytaty zawarte w tym artykule, pisze Chesterton o swym ukochanym bracie: „Mój brat Ćecil Edward urodził się, gdy ja miałem około pięciu lat, i po krótkiej przerwie zaczai dyskutować.” Podobnie wcześnie zaczął i sam wielki Gilbert Keith. Nie oparł się on nigdy żądzy dyskusji, rozkoszy trafnego argumentu, namiętności celnego ciosu polemicznego. Sam mówił o sobie, że „chęć polemizowania silniejsza była ode mnie”. Przepolemizował całe życie i w swej pasji polemicznej oszczędził tylko dogmatów i instytucji katolickich: Nie oszczędził natomiast żadnej z idei ani spraw drogich Anglikom. Po kolei, na zimno, systematycznie zadarł z wszystkimi świętościami, które uwielbiają członkowie Commonwealth’u i wyznawcy Kiplinga. Ośmielił się nawet wydać książkę pt. „Zbrodnie Anglii”. Jest dowodem wielkiej kultury narodu angielskiego, że nikt nie pobił ani nie wyklął takiego bluźniercy. Trudno się jednak dziwie, że zawiązała się dokoła niego konspiracja milczenia, przemilczająca go poza grób.

Krytyka swoja objął Chesterton całokształt tych zwyczajów i urzą­dzeń, które składają się na współczesny świat brytyjski. W krytyce tej nie był odosobniony, bo sport krytykowania, ulubiony we wszystkich czasach, w ostatnich dwustu latach wysunął się na czoło namiętności myślącego człowieka. Jednakże Chesterton tym się różni od ogółu współczesnych „klerków”, że nie uznaje krytyki bezpłodnej, głównego zajęcia tzw. inteligencji. Inteligencji tej nie lubi. Nie lubi jej dlatego, że ten rodzaj ludzi stanowi nowotwór na ciele brytyjskim, produkt uboczny cywilizacji przemysłowej, której Chesterton nie znosi. Samo słowo „intelligentsia” przejął język angielski z rosyjskiego.”Inteligentni ludzie — pisze z przekąsem Chesterton — mogą się wślizgnąć nawet w szeregi inteligencji”. Ale trudno znaleźć tam dla siebie miejsca człowiekowi w rodzaju Chestertona, który jest „nieuleczalnie przeko­nany, że umysł otwiera się, podobnie jak usta, w celu zamknięcia się z powrotem na czymś solidnym”.

Tego solidnego gruntu dla swego umysłu szukał Chesterton długo, póki go nie znalazł w katolicyzmie. Nie spłynął na niego katolicyzm jak błyskawica, jak nagle olśnienie — na promieniu Laski Bożej. Szedł do niego długo i mozolnie, dyskutując i argumentując zawzięcie. Zapalił się od głowy wcześniej niż od serca. Wyszedł z rodziny agnostycznej, kształcili go agnostyczni profesorowie. Pokolenie starszych nie zdolne było wierzyć, bo zadyskutowało na śmierć wszystkie swe wierzenia. Nie mówiło się o tych rzeczach, „epoka pełna była ironicznych milczeń, które następują, po wielkich sporach”. Wojna z Burami czy afera Dreyfusa zdolne były rozpalić do białej gorączki elitę cywilizowanego świata. Problem istnienia lub nie istnienia Boga zbywano wzruszeniem ramion. W te, jak to dosadnie określił „pustynie materializmu”, wyruszył młody człowiek z ostrym piórem i językiem i z żądza poznania prawdy. Szedł długo, ale Pan Bóg dal mu te Laskę, że znalazł Prawdę już w połowie życia i druga polowe mógł poświecić na Jej głoszenie.

Ciężkie to było szukanie. Modne pod koniec epoki wiktoriańskiej teorie raziły go swą negacją. Rychło spostrzegł, że „stara teoria teolo­giczna zdawała się mniej lub więcej pasować do doświadczenia, podczas gdy nowe i negatywne teorie nie pasowały do niczego, a najmniej jedne do drugich”. Raził go współczesny protestantyzm; który określał jako „bezkształtny  kompromis  religijny  Purytanizmu,  obracającego się w Pogaństwo”. Stwierdzał jakiś dziwny sojusz miedzy idealistycznymi teistami a realistycznymi ateistami. Sojusz — przeciw komu? Modna była Teozofia, ale Chesterton rychło zdemaskował ja jako „kombinacje trzech rzeczy: Azji, Teorii Ewolucji i angielskiej lady”. Szukał oparcia dla umysłu, szukał kształtu dla idei, aż je znalazł w Dogmacie i w Koś­ciele. „Strapiłem ludzi dobrze mi życzących — pisze Chesterton — i wielu z pośród mądrych i roztropnych, moja nieustraszona konsek­wencja w stawaniu się Chrześcijaninem, ortodoksyjnym Chrześcijaninem i wreszcie Katolikiem w znaczeniu Rzymskiego Katolika”.

Różnymi drogami chadza nawrócenie. Bywa błyskawiczne, bywa żmudne, poprzez nieszczęścia i ciosy dotykające człowieka, czasem przychodzi od strony serca, czasem od strony rozumu. Chesterton szedł do katolicyzmu droga czysto intelektualna, stal się wcześniej kato­likiem z wyrozumowania niż katolikiem z Wiary. Od jednego ze swych przyjaciół usłyszał kiedyś następujące zdanie: „Jedyna trudność, która przeszkadza mi w przystąpieniu do Kościoła Katolickiego, polega na tym,że nie sadze, bym wierzył w Boga”. Na co Chesterton odpowiedział mu, że „prawdziwi katolicy są dostatecznie inteligentni, by mieć te trudność. Ale — dodał Chesterton — sam tego doświadczyłem, że wejście w orbitę katolicyzmu, nawet tylko fizycznie, przyniosło mi stale rosnąca pewność istnienia Boga”. Taka recepta na budzenie wiary pochodzi bodajże od św. Augustyna, lecz spopularyzował ja w Anglii słynny „ruch oksfordzki” kardynała Newmana (w połowie XIX wieku). Ruch ten radził niewierzącemu wejść do Kościoła i zacząć żyć po chrześcijańsku, a wiara z biegiem czasu przyjdzie mu sama. Świadectwo Chestertona dowodzi skuteczności tej metody, która warto szeroko rozpowszechniać wśród ludzi myślących. Chesterton znalazł w katolicyzmie wszystko czego szukał: organi­zacje doczesna dla swych potrzeb duchowych i pewność metafizyczna, której wspaniałość ogłosił w książce pt. „Ortodoksja”. Znalazł ulgę w spowiedzi, do której po długich błądzeniach wracała współczesna mu wiedza (pod postacią psychoanalizy). Znalazł wreszcie wspaniały system społeczny, który bujnie (choć na krótko) rozkwitnął w Średniowieczu, system najradykalniejszy w swych koncepcjach, jedynie godny inteligent­nego człowieka XX wieku.

Chesterton uważa umiarkowanie za „obrzydliwy wybieg”. „Zawsze lepiej — powiada — wychodziłem z rewolucjonistami niż z reforma­torami. Moje szaleństwo coraz więcej i więcej szło w kierunku pewnego nieokreślonego i wizyjnego buntu przeciw płaskiej prozie dziewięt­nastowiecznego miasta i cywilizacji; niecierpliwość wyobraźni na widok cylindrycznych kapeluszy i prostokątnych domów”. Chesterton szukał rewolucji integralnej przeciw wszystkiemu, co widział dokoła siebie, i znalazł ja tylko w katolicyzmie. Był czas, że wierzył w ideał komunisty­czny. Rychło jednak spostrzegł się, że zarówno Czerwony Sztandar jak i Union Jack, socjalizm i imperializm, wierzą w „unifikację i centrali­zację na szeroką skalę”. A tymczasem „od samego początku moje instynktowne rozumienie sprawiedliwości, równości i wolności było nieco inne od tego, co było przyjęte w mojej epoce; od wszystkich skłonności do koncentracji i generalizacji. Mój instynkt kazał mi bronić wolności w małych narodach i w ubogich rodzinach, to znaczy kazał mi bronić zasady, że prawa człowieka obejmują prawo do własności, w szczególności zaś do własności dla człowieka ubogiego. Nie rozumiałem rzeczywistego znaczenia Wolności, póki nie usłyszałem jej nazwanej nowym mianem Godności Ludzkiej. Miano to nowe było dla mnie, choć stanowiło składnik wiary, liczącej prawie dwa tysiące lat”.

Dla Chestertona „zarówno Kapitalizm, jak Komunizm, opierają się na tej samej idei: centralizacji bogactw, niszczącej własność prywatną”. Nie tylko założenia ekonomiczne obu są jednakowe, ale „Kapitalizm i Komunizm są tak dalece prawie, tym samym pod względem etycznym, że nie byłoby dziwne, gdyby oba zaopatrywały się w przy­wódców wśród tych samych elementów etnicznych”. Rozumując w ten sposób doszedł Chesterton do ideału, który nazwał „dystrybutystycznym”. Założył i prowadził do końca życia organizacje zwana „Liga dla obrony wolności przez dystrybucje własności” (popu­larnie zwano ją Liga Dystrybutystów). Byłem na kilku jej zebraniach, które odbywały się w atmosferze entuzjazmu i prostoty, w zadymionych salach w tyle obskurnych jadłodajni. Podobnie musiały wyglądać zebrania pierwszych Chrześcijan, na których w zdemoralizowanym, plutokratycznym Imperium rzymskim garstka wierzących startowała swą rewo­lucję.

Socjalizm nienawistny był Chestertonowi za to, że pozbawiając człowieka własności, pozbawiał go w rezultacie i wolności. To samo co socjalizm robi z jednostką, robi zdaniem Chestertona imperializm z narodem. W obronie małych Burów, połykanych przez Wielką Brytanię, rozstał się Chesterton po raz pierwszy z opinia publiczna swego kraju, z która nie miał się już nigdy więcej zejść. Głosił nie tylko prawo każdego człowieka do własnej Ojczyzny, ale wiedząc, że Ojczyzna to pojecie dla szarego człowieka bardzo wysokie i dalekie, głosił również pojecie własnej wioski, własnej dzielnicy, ukochania tego, co najbliższe człowiekowi, co jego przodkowie kształtowali swym codziennym życiem. Patriotyzm uliczki i parafii, region jako podstawowy składnik Ojczyzny. Najsłynniejsza książka Chestertona, to chyba ten „Napoleon z Notting Hill”, walczący o prawo do niepodległości swej dzielnicy, zagrożonej przez imperialny rozmach Wielkiego Londynu. Wolność warunkowana pra­wem szeregowca ludzkości do własnego zagonu czy warsztatu i do samorządu w gronie podobnych sobie sąsiadów, to ideał społeczny Che­stertona. Ideał drobnomieszczański — powiedzą z miejsca wyznawcy cywilizacji przemysłowej. Ideał chłopski — odpowie im Chesterton. A chłop, według niego, to szczytowy wytwór harmonijnej cywilizacji. Wyrodniejący Rzym zagubił chłopa, któremu pierwotny Rzym zawdzię­czał swą wielkość. Odrodziło chłopa, dało mu wolność i patos wielkości dopiero katolickie Średniowiecze. Renesans i Reformacja zakuwają chłopa z powrotem w okowy poddaństwa. XIX wiek, wiek kapitalizmu, tępi chłopa w Anglii doszczętnie. Na tym jednym tylko punkcie zgadzał się może Chesterton z Kiplingiem, że z jednakim wzruszeniem i zaz­drością patrzyli na francuskiego chłopa. Chesterton jeszcze wyżej stawiał chłopa polskiego. I nie mógł zrozumieć kolektywistów, którzy „twierdzą, że chłop nie ma prawa do własnego pola, lecz chłopstwo ma prawo do pola naftowego”.

W walce o nowy porządek Chesterton z duża odwaga tropił główne ośrodki zła. Odważył się wyjawić, że prasa w Wielkiej Brytanii rządzą dwie lub trzy osoby, kontrolujące wielkie trusty wydawnicze. Wspom­niał o „kombinacjach prasowych” i ich potędze. To też przez kilkanaście ostatnich lat życia miał zamknięte lamy prasy zależnej od wielkiego kapi­tału i musiał się wyżywać we własnym tygodniku, zatytułowanym „G.K’s Weekly”. Zadarł z plutokracją. Ludziom, którzy uważają za swój obowiązek kwestionować z góry każde słowo, które wyjdzie z ust Hitlera, będzie może przykro dowiedzieć się, że Chesterton atakował plutokrację angielską już wtedy, kiedy Hitlerowi marzył się jeszcze sojusz z ta plutokracją. Chesterton uważał, że w naszej epoce demokracja stanowi tylko parawan dla plutokracji, a „Parlament stał się równoznaczny z tajnym rządem bogaczy”. „Teoria praw obywatela — powiada Chesterton — stworzyła pewien rodzaj legalnej fikcji, pod której osłoną człowiek bo­gaty może rządzie całą cywilizacją tam, gdzie ongiś mógł rządzie jednym tylko miastem; lub też lichwiarz zarzuca swa sieć, na sześć narodów tam, gdzie ongiś zarzucał na jedna wioskę”.

Chesterton nie ograniczył się do walki z plutokracją jako systemem; podjął również na spółkę z bratem prasowa kampanie przeciw dwu plutokratom, którzy przypadkiem byli też braćmi i nosili wschodnie nazwisko Isaacs. Obu Chestertonom nie spodobało się, że Godfrey Isaacs (późniejszy gub. gen. Australii) otrzymał dla spółki „Marconi”, której był dyrektorem, bardzo niezwykły monopol państwowy; i to otrzymał w czasie, gdy brat jego Rufus (późniejszy lord Reading, wice­król Indii) był członkiem rządu. Rzecz prosta, tak drobne niedopatrzenie nie mogło zahamować dalszej kariery obu braci lsaacs’ów, ale zostawiło Chestertonowi na resztę życia renomę antysemity, przed którą bronił się twierdząc, że Żydów bardzo lubi, lecz uważa ich za cudzoziemców. Czym pogarszał jeszcze swoją sprawę.

W katolicyzmie widział nie tylko rozwiązanie najgroźniejszych tajemnic bytu, widział w nim również jego stronę ludzką, z powodu której życie w społeczeństwie naprawdę katolickim jest zawsze prostsze, przystępniejsze, barwniejsze, weselsze. Póki Anglia była katolicka, była „merry England”, „wesoła Anglia” ludzi umiejących pracować, ale i bawić się bez troski. Niedziela w społeczeństwie katolickim jest dniem wesela, w purytańskiej Anglii jest dniem nudy. Protestantyzm prowadzi do seryjnych domków robotniczych przy wielkiej fabryce, katolicyzm do kufla piwa we własnej zagrodzie, na ławce,pod własna jabłonią. Katolicyzm to dla Chestertona „common sense”, nasz „zdrowy rozsadek” czy „chłopski rozum”. Pewien teozof rzeki raz do niego: „Dobro i zło, prawda i fałsz, szaleństwo i mądrość są tylko objawami tego samego ruchu wszechświata w górę”. Na co Chesterton zapytał go: „Przypuśćmy, że nie ma różnicy miedzy dobrem i złem, lub miedzy fałszem a prawda, to na czym polega różnica między ruchem w górę a ruchem w dół?”. Chesterton był fanatykiem zdrowego rozsądku. Rosja to dla niego „naród, który wydaje się posiadać wszelkie ludzkie talenty z wyjątkiem zdrowego rozsądku”. Współcześni mu ludzie stracili tak dalece wszelka miarę, że „zaczęli nie wierzyć nawet w rzeczy normalne”. „Determinista — pisze Chesterton — powiedział mi, najgłośniej jak tylko mógł, że w ogóle nie odpowiadam za nic. A wobec tego, że ja wolę być traktowany jako istota odpowiedzialna, a nie jak szaleniec wypuszczony na wolność, zacząłem rozglądać się za jakimś azylem ducha, który nie byłby po prostu azylem dla wariatów”. Oto wytyczna Chestertona: zdrowy rozsądek jako drogowskaz dla „niepopularnego sportu myślenia”, któremu oddawał się przez cale życie. Ale rozsądek potrzebuje dwu regulatorów: jeden, to zmysł humoru, bez którego tak łatwo zarówno mąż stanu jak i myśliciel przekraczają granice miedzy wzniosłym a śmiesznym; drugi to jasne uświadomienie sobie, że istnieją rzeczy poza normalne, i że wszelkie próby przeczenia ich istnieniu tylko dlatego, że nie ogarniamy ich logicznym rozumowa­niem, są po prostu chowaniem głowy w piasek.

Jednym z ludzi, którzy wywarli na Chestertona wpływ najgłębszy, był Irlandczyk ksiądz O’Connor. Jemu to zawdzięcza nasz pisarz wta­jemniczenie go w „przepaście zła”. „Nie wyobrażałem sobie — pisze — że na świecie mogą się dziać takie okropności”. Ksiądz O’Connor był tym, który „znał solidny Satanizm i wojował z nim przez cale życie”. On to przyjął generalną spowiedź Chestertona w chwili jego nawrócenia się na katolicyzm. Za wtajemniczenie Chestertona w najgłębsze tajniki zła wywdzięczył się on ks. O’Connor’owi wprowadzając go do literatury pod postacią Ojca Browna, domorosłego detektywa, który uzbrojony jedynie w katolicką dociekliwość zła i w zdrowy rozsądek zapędza w kozi róg samego Sherlocka Holmes’a. Ten cykl opowieści detektywnych jest najsłabszy w twórczości Chestertona, ale on sam bardzo był do niego przywiązany; był zapalonym czytelnikiem powieści kryminalnych i urządzał w swym domu tzw. „murder parties”, podniecające zabawy, w czasie których na podstawie chytrze zagmatwanych przez gospodarza poszlak goście jego musieli wykryć, przed podwieczorkiem, jakaś wyrafinowaną zbrodnię.

Taka była „hobby” Chestertona, typowy dla każdego Anglika indy­widualny sposób odprężenia się po ciężkiej pracy intelektualnej. Jeden łowi ryby, drugi zbiera pudełka od zapałek. Chesterton dla zabawy śledził zło. Ale w tej zabawie stawał już na pograniczu czegoś, o czym mówił niewiele i niechętnie, ale co było dla niego zjawiskiem bardzo realnym. „Tak dalece jak człowiek może być dumny z religii zakorzenionej w po­korze, jestem bardzo dumny z mej religii; jestem szczególnie dumny z tych jej części, które pospolicie zwą się przesądem”. Grano w Polsce niesamowita sztukę jego o magii. Zanim został katolikiem Chesterton zagłębiał się w spirityzmie, branym bardzo serio przez intelektualistów „wyzwolonych od przesądów”. Nic też dziwnego, że pisząc życiorys św. Tomasza z Akwinu nie omieszkał wspomnieć, że ten najmędrszy z ludzi, których wydało ostatnie dwa tysiące lat, wierzył w demony.

Wyliczanie książek Chestertona byłoby rzeczą żmudna i bezce­lowa, gdyż twórczość jego była tylko myśleniem z piórem w ręku, a tytuły książek były na ogól rozbieżne z tekstem i przypadkowe. Książek tych było bardzo dużo, toteż czytelnik łatwo się zniechęca i trudno mu zapoznać się z cala twórczością pisarza. Skoro sfery polskich przyjaciół Chestertona zorganizują się, czeka je, oczywiście dopiero po powrocie do kraju, wielki wysiłek udostępnienia Polakom twórczości Chestertona. Wysiłek ten powinien iść po torach nieszablonowych. Wyobrażam go sobie jako inteligentne skondensowanie twórczości Chestertona w objętość jakichś dziesięciu tomów, w których znalazłyby się w całości przedruki kilku jego szczytowych osiągnięć takich jak np. Napoleon z Notting Hill, Latająca Gospoda, Kula i Krzyż, biografie św. Tomasza i św. Franciszka, całe rozdziały umiejętnie wyjęte z innych jego dziel, wreszcie streszczenie prac nie przedrukowanych. W tak pomyślanym zbiorowym wydaniu braknie jedynej książki, o której wspomina w swej autobiografii, że chciałby ja jeszcze napisać. Nie zdążył już. Miała to być książka o Polsce, o tej Polsce, o której najczęściej i najcieplej mówi w swej ostatniej pracy, pisanej u progu śmierci. O tej Polsce, która raz tylko objechał, przyjmowany cierpko przez oficjalne nasze czynniki, lecz która raz na zawsze zapadła mu głęboko w serce. Wybierał się do nas powtórnie i już nie zdążył. W czasie wojny 1914—1918 oddal wielkie przysługi naszej sprawie. Wprowadził Dmowskiego do jego domu prof. Sarolea z Edynburga, największy, obok Hilarego Belloca, z żyjących przyjaciół Chestertona. Zabraknie nam pióra Chestertona, gdy w wyniku obecnej wojny ważyć się będą nasze losy. Zabraknie jego pióra, ale myśl jego, o ileż lepiej znana dziś niż przed dwudziestu laty, dopomoże nam do zorganizowania społeczności prawdziwie katolickiej.

Chesterton uważał, że Polacy zbliżeni są psychicznie do Anglików znacznie bardziej niż Włosi czy Hiszpanie, nie mówiąc o Francuzach, których cenił i rozumiał, ale uważał za najdalszych odczuciu brytyjskiemu. Emigracja nasza, przebywająca dziś w Anglii i Szkocji, bliskość te wy­czuwa. Nigdzie może nie rysuje się ona tak charakterystycznie jak w sprawach katolickich. Wszystkie wrogie katolicyzmowi ośrodki propa­gandowe świata próbują od długich lat narzucić nam Maritaina i Mauriaca, jako czołowych pisarzy katolickich naszych czasów. A my czujemy się znacznie bliżsi Chestertona i rozumiemy go, gdy powiada, że Anglicy nie lubią Pascala, będącego ojcem duchowym – w prostej linii – dzisiejszego „francuskiego katolicyzmu”. Rozumiemy Chestertona, gdy stwierdza, że Anglicy wolą św. Franciszka z Asyżu niż proboszcza z Ars i że nie mogą czytać Racine’a. My też wolimy św. Franciszka i Szekspira. I prymat katolickiego pisarza naszych czasów oddajemy Chestertonowi. Wpływ jego na myśl naszą dopiero się zaczyna i będzie rósł przez lat dziesiątki.

Za wcześnie jeszcze na ocenę tego wielkiego zjawiska, którym był G. K. Chesterton. Największym może paradoksem jego twórczości — pośmiertnym — będzie, gdy za lat trzydzieści lub pięćdziesiąt, a może sto, Polacy zaczną uczyć Anglików kultu dla jednego z najgenial­niejszych ich pisarzy. Chesterton stal na pograniczu geniuszu. Wielkie to słowo i bardzo nadużywane. To też wymawiajmy je cicho i ze skupieniem. Geniusz to słowo pogańskie, a u katolików określamy geniusz mianem świętości. Chesterton stal na pograniczu geniuszu i świętości. Był człowiekiem epoki malej i sceptycznej, to też nie przekroczył może tej granicy. Ale stal w pokorze na samym progu, jak przystało na katolika. W ostatnim swym dziele pisał o szlachetnych szaleńcach i o „Fanatyku czyli człowieku, który chciał dotrzymać słowa; tego wielkiego słowa, które każdy człowiek dal Bogu, zanim jego życie się zaczęło”. Tego wielkiego słowa Chesterton dotrzymał.

Adam Doboszyński

Tytuł i opracowanie: WT

chesterton

***

Kompendium dystrybucjonizmu. Pierwsza w Polsce książka Hilaire Belloca!

Podoba Ci się nasza inicjatywa?
Wesprzyj portal finansowo! Nie musisz wypełniać blankietów i chodzić na pocztę! Wszystko zrobisz w ciągu 3 minut ze swoje internetowego konta bankowego. Przeczytaj nasz apel i zobacz dlaczego potrzebujemy Twojego wsparcia: APEL O WSPARCIE PORTALU.

Siepomaga.pl: wolontariat, pomoc dzieciom, potrzebującym, zwierzętom
Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Podobne wpisy: