WT: Europa umarła w Trypolisie

Nie wiemy jeszcze jak zakończy się konflikt w Libii, ale jedno jest pewne – w momencie gdy w marcu 2011 roku pierwsze pociski Tomahawk i bomby lotnicze spadały na Trypolis, przegrała Europa jako geopolityczny obszar, który po raz kolejny dopuścił Imperium Americanum i sprzymierzone z nim elity polityczno-finansowe do wrogich działań na swoim żywotnym przedpolu. Po „arabskiej wiośnie”, której następstwa tak jak w przypadku strategicznie położonego Egiptu musiały zaniepokoić neokonserwatywnych strategów na Wschodnim Wybrzeżu (irańska flota przepływająca Kanał Sueski, zbliżenie Egiptu z Syrią i Iranem), Libia stała się dla osi USA-Izrael jedynym znaczącym krajem w regionie północnej Afryki, w którym można było się pokusić, a wręcz należało, z jej punktu widzenia i interesów, dokonać radykalnych zmian zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej.

Dlaczego Libia?

Pierwszym skojarzeniem, które niejako automatycznie się nasuwa, są libijskie złoża czarnego złota, czyli ropy, największe w Afryce, stosunkowo łatwo dostępne i charakteryzujące się niskimi kosztami produkcji. Biorąc pod uwagę, iż tania ropa była przez dziesięciolecia po 1945 roku motorem zachodnich gospodarek, które dziś znajdują się w fazie recesji i zmagają się z olbrzymimi problemami wewnętrznymi (gigantyczny dług publiczny, groźba zapaści systemów emerytalnych, bezrobocie wśród młodych, napięcia społeczne na linii autochtoni-imigranci etc.) możemy otrzymać jeden z powodów interwencji. Oczywiście nikt tego oficjalnie nie powie, dlatego też zgodnie z orwellowską nowomową dominują nieustannie powtarzane w światowych mediach opowieści o „interwencji humanitarnej”, „ochronie cywilów” itd. W ciągu kilkunastu ostatnich lat władze Libii w ramach polityki polepszania relacji z zachodnimi mocarstwami dopuściły do eksploatacji złóż francuskie, brytyjskie i amerykańskie koncerny naftowe. W październiku 2010 roku koncesje dla amerykańskich Chevron i Occidental Petroleum nie zostały jednak przedłużone. Jeśli dodamy do tego rosnącą pozycję Chin w regionie, strategiczne położenie kraju graniczącego z innymi, dysponującymi złożami cennych surowców (Czad, Niger, Sudan/Darfur) oraz niewątpliwą chęć posiadania ze strony Amerykanów oraz ich sprzymierzeńców bardziej obliczalnego partnera niż pułkownik Kaddafi, nie dziwią groźby, które od adresem władz libijskich zaczęły płynąc w marcu ze strony państw najbardziej zaangażowanych tj. USA, Francji i Wielkiej Brytanii. Czarę goryczy przelała zapowiedź Kaddafiego zastąpienia koncernów pochodzących ze wspomnianych państw firmami rosyjskimi, indyjskimi i chińskimi.

Wytłumaczenie jednak wszystkiego przy użyciu argumentu „ropa” byłoby nadmiernym uproszczeniem i zafałszowaniem rzeczywistości. Dużo istotniejsza jest sama postać płk. Kaddafiego, a raczej jego ostatnie poczynania na arenie międzynarodowej.

To, iż Muammar Kaddafi nie jest aniołem nie podlega dyskusji. Jednak to jego dokonania na polu gospodarczym uczyniły Libię jednym z najbogatszych i najlepiej rozwiniętych krajów Afryki, z darmową opieką zdrowotną, świetnym szkolnictwem, zakrojonym na szeroką skalę wsparciem socjalnym dla obywateli. „Brat-Przywódca” i autor „Zielonej Książeczki” w przeciwieństwie do wielu wiecznie wczorajszych prawicowych populistów w Europie zdawał sobie doskonale sprawę, iż w erze globalizacji i hegemonii Imperium Americanum państwa narodowe to za mało, aby zapewnić narodom bezpieczeństwo i dobrobyt. Owszem niezależność i niepodległość to sprawy fundamentalne, ale są one jedynie punktem wyjścia do budowy regionalnych, ponadregionalnych lub kontynentalnych bloków, które w XXI wieku są koniecznością. „Albo Afryka się zjednoczy, albo zginie” mawiał libijski przywódca. Libia wyasygnowała 300 milionów dolarów na pierwszego afrykańskiego satelitę komunikacyjnego. Efekt – oszczędność dla 45 państw kontynentu blisko 500 milionów dolarów rocznych opłat, które wnosiły za korzystanie z satelitów europejskich. Doliczmy do tego odsetki od potencjalnego kredytu, który należałoby zaciągnąć i zrozumiemy frustrację międzynarodowych lichwiarzy. Libia wspierała projekty rolnicze, infrastrukturalne, edukacyjne w wielu biednych państwach Afryki subsaharyjskiej, co uniezależniało je od deprawującej pomocy zachodnich, zbiurokratyzowanych instytucji i zmniejszało prawdopodobieństwo dołączenia przez tamtejszą ludność do grona nomadów poszukujących szczęścia i lepszego życia w krajach Europy. Najważniejsze jednak to szeroko rozumiane kwestie „finansowe”. Libijskie rezerwy złota i surowce to łakomy kąsek, zwłaszcza dla bankrutujących reżimów zachodniej Europy, niepotrafiących poradzić sobie z postępującym kryzysem systemowym. Plany zastąpienia dolara w handlu ropą opartym na złocie dinarem musiały wzbudzić ogromny niepokój globalistycznej elity z Wall Street i londyńskiego City oraz zarządców Białego Domu, dla których hegemonia zielonej waluty to warunek sine qua non przeżycia. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy i niezastąpiony człowiek Lobby zareagował na takie „niebezpieczne” pomysły stwierdzeniem, iż „zagrażają one bezpieczeństwu finansowemu ludzkości” (sic!). Nie dziwi więc tak widoczna obecność Francji, wciąż jeszcze żyjącej z eksploatacji Afryki i zamieszkałej zarazem przez największą liczbę imigrantów z tego kontynentu, w koalicji atakującej niezależną i niepodległą Libijską Dżamarahiję. Ale to jeszcze nie koniec inicjatyw i projektów, w które gorąco angażował się płk. Kaddafi. Afrykański Bank Inwestycyjny, Afrykański Fundusz Monetarny mający zastąpić na kontynencie narzucający neoliberalne rozwiązania Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Afrykański Bank Centralny…Jeszcze mała ciekawostka. Libia to praktycznie kraj bez długu publicznego. Dla przeciętnego mieszkańca Polski, który już jako niemowlę otrzymuje „w prezencie” od „wolnych i demokratycznych” władz ponad 17 000 PLN długu do spłacenia, lub Amerykanina – jego „wolne i demokratyczne” władze są hojniejsze, gdyż dostaje na starcie ponad 40 000 USD długu, brzmi to nieprawdopodobnie.

Zjednoczona i silna Afryka o której marzy Kaddafi? Międzynarodowe koncerny i kapitalistyczna oligarchia finansowa straciliby pole do działania.

Rewolucjoniści”

Gdyby nie militarne wsparcie NATO i jego miażdżąca przewaga w powietrzu tzw. rebelianci, czyli w większości wahabiccy ekstremiści, często z innych państw, szybko zakończyliby swoją przygodę. Według informacji serwisu Debkafile, brytyjscy, francuscy, jordańscy i katarscy komandosi wzięli udział w operacji lądowej mającej na celu przejęcie fortecy Kaddafiego w Trypolisie. Był to pierwszy przypadek użycia sił lądowych przez państwa zachodnie podczas tzw. „arabskiej wiosny”. Nie samymi bojownikami żyją jednak podobne, sterowane „rewolucje”. Kluczową sprawą jest istnienie lub wykształcenie elit kompradorskich, które wezmą na siebie ciężar przewodzenia walce o „wolność i demokrację”. W Libii obok nielicznych funkcjonariuszy dotychczasowej władzy, którzy zwyczajnie dokonali zdrady, niebagatelną, jeśli nie wręcz wiodącą rolę, odgrywają „opozycjoniści” przywiezieni z Waszyngtonu lub Londynu, często agenci zachodnich wywiadów w jednym, prywatnie dzieci lub krewni osób związanych z reżimem króla Idrysa (klasycznej marionetki państw zachodnich), obalonego w 1969 roku przez pucz oficerów pod kierownictwem ówczesnego kapitana Muammara Kaddafiego. Wracając na moment na krajowe podwórko, nie dziwi więc poparcie rodzimej elity kompradorskiej dla jej „rewolucyjnych” odpowiedników w Libii. Wspólna mentalność powoduje doskonałe zrozumienie i jest niezbędna to powodzenia operacji „wyzwalania” i budowy „wolnych i demokratycznych” społeczeństw.

Podsumowanie

Agonia Europy trwająca od 1945 roku przybrała na sile w roku 1999, kiedy to na taką skalę pozwolono amerykańskim globalistom na ingerencję w sprawy kontynentu i zniszczenie ówczesnej Jugosławii, a w konsekwencji na wydarcie Serbii jej historycznej kolebki – Kosowa – i utworzenie tam narkopaństewka będącego wylęgarnią salafickich fanatyków. Oczywiście, aby jeszcze bardziej podkreślić kto rozdaje karty, Amerykanie zbudowali bazę wojskową Bondsteel, umożliwiającą kontrolę tego strategicznego pod względem geopolitycznym regionu Europy (Bałkany). Muammar Kaddafi, pomijając jego ekscentryzm i momentami czarne karty w życiorysie, jest wizjonerem, a jego koncepcje jedności afrykańskiej są paradoksalnie dobre dla Europy, a więc także Polski. Silna, wolna od dyktatu międzynarodowych korporacji i globalistów Afryka to mniejsza presja migracyjna na kraje Starego Kontynentu, to mniej napięć społecznych, to wreszcie możliwość ułożenia takiej współpracy, która byłyby korzystna dla społeczeństw rasy białej i czarnej, a nie dla wyobcowanych i sprzedajnych elit politycznych. Analogiczna sytuacja dotyczy także regionu Bliskiego Wschodu, który ciągle destabilizowany istnieniem i polityką syjonistycznego tworu, jest źródłem kolejnej fali imigrantów kierujących się do Europy. Dopóki europejskie państwa i narody nie pozbędą się kurateli Stanów Zjednoczonych/Izraela w swojej polityce względem wspomnianych regionów, dopóty będą płaciły słony rachunek. Świadomie lub nie, Kaddafi jest wykonawcą głoszonych przez ruchy Trzeciej Pozycji i zbawiennych dla zachowania bogactwa narodów i ras zasad etnopluralizmu i separatyzmu rasowego, wrogich zarówno prymitywnemu rasizmowi, jak i etnobójczej polityce zachodniego multikulturalizmu oraz masowej imigracji.

Libijska Dżamarahija, będąca od lat, obok rewolucyjnego Iranu, Syrii i Wenezueli jednym z nielicznych realnych punktów oporu przeciwko amerykańsko-syjonistycznemu terroryzmowi i globalnemu kapitalizmowi, wciąż walczy z agresją, która zdeptała wszystkie normy prawa międzynarodowego i rezolucję ONZ. Miłośnicy Kremla muszą być srogo zawiedzeni postawą Rosji w tym konflikcie. Bardziej wnikliwi dostrzegą po raz kolejny mistrzostwo tego państwa w stwarzaniu pozorów. Nienasycone imperializmy – amerykański i rosyjski (wcześniej sowiecki) – podały sobie znowu ręce ponad narodami. „Ani Sowiety, ani trusty”, dawne hasło europejskich narodowych rewolucjonistów, także tych odwiedzających w latach 80-tych Libię (vide Nick Griffin, Derek Holland), nie traci na aktualności nawet dzisiaj. Następna w kolejce jest Syria Baszara al-Assada, która przez swoje strategiczne położenie w regionie i zdecydowanie antysyjonistyczną politykę, jest prawdziwą solą w oku Białego Domu i jego najlepszych sojuszników – Izraela i Arabii Saudyjskiej. Wahabicki dom Saudów, nienawidzący Kaddafiego, jest szczególnie zainteresowany jego upadkiem. Da mu to ostateczną palmę pierwszeństwa w obrębie sunnickiego islamu.

Pierwsze bomby spadające na stolicę Libii zakończyły agonię – Europa umarła w Trypolisie.

Wojciech Trojanowski

Przedruk całości lub części wyłącznie po uzyskaniu zgody redakcji. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Podoba Ci się nasza inicjatywa?
Wesprzyj portal finansowo! Nie musisz wypełniać blankietów i chodzić na pocztę! Wszystko zrobisz w ciągu 3 minut ze swoje internetowego konta bankowego. Przeczytaj nasz apel i zobacz dlaczego potrzebujemy Twojego wsparcia: APEL O WSPARCIE PORTALU.

Siepomaga.pl: wolontariat, pomoc dzieciom, potrzebującym, zwierzętom
Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Podobne wpisy:

Comments

Komentarzy